A to się porobiło! Nie dość, że wiosna dopiero się u nas zadomowiła, a przymrozki każdego poranka to rzecz naturalna, to na chodnikach w mieście zaroiło się od przedwczesnych plażowiczów. Nieraz nie mogę nadążyć za pomysłami moich rodaków, pomysłami w każdym sensie, a szczególnie za pomysłami typu: "Co by tu dziś na siebie włożyć". Mógłbym stanąć oczywiście naprzeciwko takiego delikwenta czy delikwentki i przyłożyć mu/jej dłoń do czoła w celu zbadania stanu gorączki, jednakże pewnie po jakimś czasie by się mi to znudziło.
Sam jeszcze zapinam swój elegancki tużurek na ostatni, najwyżej wszyty guzik, grzecznie zakładam kurteczkę, wysokie buciki, a nawet rękawiczki jeszcze w kieszeniach zostały, by odciąć się od chłodu dnia powszedniego. I tak idąc rześkim krokiem do pracy i z powrotem (chadzam sobie zawsze spacerkiem), podziwiam to nasze polskie zoo na miejskich ulicach.
Wybierzmy się zatem w słoneczny poranek na krótki spacerek miejską dżunglą, kiedy to słonko pięknie nam świeci, ale oszronione samochody należy jeszcze trochę poskrobać przed wyjazdem.
Otóż już w połowie marca królują, niby krzyk europejskiej mody, klapeczki i sandałki, i to jeszcze, skandal!, na męskich stópkach w towarzystwie białych skarpet! Wiocha zabita nieoheblowanymi dechami z sękami na półtora metra! Ale nie ma się co burzyć, skoro to jest w Polsce trendy od wielu lat.
Ale idźmy dalej. Na zebrze mijamy się z pakerem w tiszercie z krótkim rękawem i w bawełnianych dresach. Na pierwszy rzut oka twardo stąpa po chodniku, ale ukradkiem pociera dłońmi zmarznięte ramiona. Robi dobrą minę do złej gry. Przecież trzeba laskom pokazać bicepsy i zaprezentować się jako twardziel z Hollywoodu. Pozazdrościć to można mu tylko odwagi, bo czego innego to już nie ma.
Skręćmy w aleję biegnącą przez park. Spotykamy tu pewne niedobudzone zupełnie egzemplarze miejskich śpiochów. Spacerują z kudłatymi stworzeniami, które walą kupy wprost na chodnik, a oni udają, że tego nie widzą. Ale co mają za to na sobie? Wspomniane już klapeczki na białych skarpetkach, do tego krótkie bermudy i rozpinane tiszerciki (jest marzec). No tak, widać że to jakiś suseł, który zapomniał rozebrać się do snu późnym latem i wstał wczesną wiosną tak, jak zasnął. Dobranoc!
Idąc aleją dalej, mijamy rowerzystę, który zatrzymał się na chwilę i chucha w zmarznięte dłonie i klepie się po udach. "Ucha, ucha, ucha ha, jaka nasza zima zła!" Biedactwo, nie pomyślało o tym, że mamy jeszcze zimę i wbiło się w swój krótki i obcisły kostium z lycry (pewnie pod spodem nic nie ma) i próbuje, szczękając zębami głośniej niż dzwony w katedrze, oznajmić miastu - "Głupota to zdrowie!" Temu panu powiemy: "Dzień dobry!"
No i ostatni egzemplarz miejskiej mody. Tuż na osiedlu, zza sklepu spożywczego, wychodzi nam naprzeciwko ładna dziewczyna, blondynka. Że blondynka - widać po ubraniu! Różowy tiszercik z sercem z cekinów na jej piersiach, krótka czarna plisowana spódniczka (choć spódniczką bym tego nie nazwał, skoro jej stringi widać), na stópkach sandałki, w ręku wielka torba i na głowie coś, co fryzurki w ogóle nie przypomina, dosłownie kopa siana. Chyba trzeba zacząć wierzyć, że Marsjanie na serio odwiedzają od czasu do czasu naszą planetę.
Szkoda po prostu gadać. A co ciekawe - już w czerwcu, lipcu i w sierpniu zaczyna się sezon na kozaki! Najczęściej na takie białe na szpilkach, kiedy to nie wiadomo, czy laska chwieje się, bo jest tak pijana, czy też cierpi na zaburzenia równowagi.
Ale jaki tego wszystkiego jest plus? Oszczędzamy parę groszy na biletach do zoo i w sumie nie musimy daleko jechać, aby zobaczyć coś, co nas wprowadzi w osłupienie.
poniedziałek, 28 marca 2011
niedziela, 27 marca 2011
161. Złośliwość rzeczy martwych
I co to za dziwny error mi wyskakuje w statystykach?
Już nawet i bloger mnie nie lubi...
"ERROR: Possible problem with your *.gwt.xml module file.
The compile time user.agent value (opera) does not match the runtime user.agent value (unknown). Expect more errors."
Już nawet i bloger mnie nie lubi...
"ERROR: Possible problem with your *.gwt.xml module file.
The compile time user.agent value (opera) does not match the runtime user.agent value (unknown). Expect more errors."
160. Dla sfrustrowanych, zestresowanych i zapracowanych
Przeleniuchowałem dziś cały dzień. A miałem tyle planów! Miałem skończyć czytać o wojnach punickich, zrobić notatki ze sztuki starożytnej, przeczytać rozdział o wczesnym średniowieczu, sprawdzić kartkówki. I zrobiłem z tego wielkie zero. Ale, przyznam szczerze, był mi potrzebny taki dzień, taki dzień zupełnego nicnierobienia. Nawet gotowy obiad z miasta sobie przyniosłem. A potem obejrzałem dwa filmy pod rząd: Incepcję (zdobyłem wersję z lektorem; świetna muzyka - podłączyłem laptopa do wieży i aż dudniło!) i przypomniałem sobie świetną kreację Meryl Streep w Diabeł ubiera się u Prady.
Taki dzień lenistwa przydał mi się po całym tygodniu gonitwy i nerwówki w pracy, a i jeszcze w środę ściągnąłem z wrzuty wirusa. Dobrze że uratowałem ważne pliki z dysku. I oczywiście musiałem jechać do brata, by sformatować kompa i postawić nowy system, bo nic się nie dało zrobić. Część programów już poinstalowałem, ale minie jeszcze sporo czasu nim wszystko będzie działało tak jak wcześniej.
A i wczoraj była nerwówka. Zaczęły się zajęcia na doktoracie i pół dnia siedziałem jak na tureckim kazaniu. Wybierając te studia, wiedziałem, że rzucam się z motyką na słońce, ale wczoraj dopiero odczułem, że naprawdę wszedłem w paszczę lwa! Już wkrótce czeka mnie obowiązkowy udział w międzynarodowej konferencji. Boziuuu......
A filmiki te znalazłem przypadkowo. Uśmiałem się do łez. Powinno się zorganizować takie zabawy/zawody dla wszystkich zapracowanych i sfrustrowanych i to nie tylko nauczycieli, choć dla nich w szczególności.
Od razu piszę - warto poświęcić kilka minut i zobaczyć. Ja chętnie sie tak pobawię!
Taki dzień lenistwa przydał mi się po całym tygodniu gonitwy i nerwówki w pracy, a i jeszcze w środę ściągnąłem z wrzuty wirusa. Dobrze że uratowałem ważne pliki z dysku. I oczywiście musiałem jechać do brata, by sformatować kompa i postawić nowy system, bo nic się nie dało zrobić. Część programów już poinstalowałem, ale minie jeszcze sporo czasu nim wszystko będzie działało tak jak wcześniej.
A i wczoraj była nerwówka. Zaczęły się zajęcia na doktoracie i pół dnia siedziałem jak na tureckim kazaniu. Wybierając te studia, wiedziałem, że rzucam się z motyką na słońce, ale wczoraj dopiero odczułem, że naprawdę wszedłem w paszczę lwa! Już wkrótce czeka mnie obowiązkowy udział w międzynarodowej konferencji. Boziuuu......
A filmiki te znalazłem przypadkowo. Uśmiałem się do łez. Powinno się zorganizować takie zabawy/zawody dla wszystkich zapracowanych i sfrustrowanych i to nie tylko nauczycieli, choć dla nich w szczególności.
Od razu piszę - warto poświęcić kilka minut i zobaczyć. Ja chętnie sie tak pobawię!
piątek, 25 marca 2011
159. Nic pewnego
Tak jak napisałem w odpowiedziach pod poprzednim wpisem - to nic pewnego, że tu zostanę. To, że się pokazałem i coś napisałem w ogóle nic nie znaczy.
wtorek, 22 marca 2011
158. Czasoumilacz zawieszony
Nie wiedziałem, że mnie tak długo nie było. Hmmm..., sądziłem, że pisałem tu wczoraj, zaledwie wieczorem przy kubku herbaty wyklikałem notkę bez przerwy.
Coś dziwnego się do mnie przypałętało i oczy na mnie szczerzy, przymila się i prosi. Dziwne to takie stworzenie, dwunożne i czupryną jasnych włosów trzęsie nade mną. Łupież, czarny łupież się sypie na klawiaturę, więc uważaj, grożę mu palcem i zarazem uśmiecham.
W radiu ładna piosenka leci, można oczy przymknąć i pomarzyć o niebieskich migdałach. Jeszcze chwilkę tylko błogi spokój na mieszkaniu popanuje, bo potem się będzie działo, oj będzie!
Trzeba jeszcze do miasta wyjść i potem obiad jakiś stworzyć, wszak kuchnia spora i kilka osób zmieści. A potem czas na zamieszanie. Trzeba namieszać, zamieszać i wymieszać i nie wolno zapomnieć na dokładkę pomieszać. Oj, tak, tak, namieszamy wkrótce srogo! Aż strach się bać!
Coś dziwnego się do mnie przypałętało i oczy na mnie szczerzy, przymila się i prosi. Dziwne to takie stworzenie, dwunożne i czupryną jasnych włosów trzęsie nade mną. Łupież, czarny łupież się sypie na klawiaturę, więc uważaj, grożę mu palcem i zarazem uśmiecham.
W radiu ładna piosenka leci, można oczy przymknąć i pomarzyć o niebieskich migdałach. Jeszcze chwilkę tylko błogi spokój na mieszkaniu popanuje, bo potem się będzie działo, oj będzie!
Trzeba jeszcze do miasta wyjść i potem obiad jakiś stworzyć, wszak kuchnia spora i kilka osób zmieści. A potem czas na zamieszanie. Trzeba namieszać, zamieszać i wymieszać i nie wolno zapomnieć na dokładkę pomieszać. Oj, tak, tak, namieszamy wkrótce srogo! Aż strach się bać!
![]() |
| Mamo! Nie jestem już głodny! Właśnie jem drugie danie! |
poniedziałek, 21 marca 2011
8. O nauce w dniu wagarowicza
Od razu, gdy tylko wstałem, podbiegłem do okna. Otworzyłem je na oścież, wdychałem chłodne powietrze i wystawiłem twarz do słońca. W końcu jest! Pierwszy dzień wiosny! I do tego piękny! Mam nadzieję, że będzie tak już cały czas.
W ubiegłym tygodniu wybrałem się do mamy na 2 dni, ponieważ w najbliższym czasie nie wiem, kiedy wyrwę się z miasta. W każdym tygodniu jest zaplanowane coś, co mi uniemożliwia wyjazd - to teatr, to szkolenie, to konferencja w firmie, potem jednodniowa delegacja. I to wszystko w ten jedyny dzień tygodnia, kiedy mam wolne. Pech to pech.
Intensywnie zabrałem się za naukę, a nie ukrywam tego, że jest tego dużo. Jak na razie jestem w połowie grubego tomiska "Historii sztuki", ale doczytuje w tym samym czasie książkę o historii starożytnej. Jest to niesamowicie ciekawe, ale ogrom trudnych do wymówienia imion królów mnie trochę przytłacza. Dobrze że całość napisana jest klarownym językiem, więc jak na razie się w tym nie pogubiłem.
Do pracy idę dziś w południe. W sumie szybko zleci, ale i tak wezmę książkę z historii, bo nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów (a czytam o wojnach persko-greckich za Dariusza i Kserksesa).
Ciekawe co by było, gdybym zrobił sobie dziś tradycyjne wagary od biurka. Jutro pewnie bym dostał wymówienie z ładnym tekstem w drzwiach: "Panie Massimo, pan już tutaj nie pracuje". A dziś to by całe popołudnie męczyli mnie telefonami o przyczyny nieobecności. Wiem, piszę same głupoty, ale cóż - pomarzyć można.
Cieszmy się - wiosna przyszła!
W ubiegłym tygodniu wybrałem się do mamy na 2 dni, ponieważ w najbliższym czasie nie wiem, kiedy wyrwę się z miasta. W każdym tygodniu jest zaplanowane coś, co mi uniemożliwia wyjazd - to teatr, to szkolenie, to konferencja w firmie, potem jednodniowa delegacja. I to wszystko w ten jedyny dzień tygodnia, kiedy mam wolne. Pech to pech.
Intensywnie zabrałem się za naukę, a nie ukrywam tego, że jest tego dużo. Jak na razie jestem w połowie grubego tomiska "Historii sztuki", ale doczytuje w tym samym czasie książkę o historii starożytnej. Jest to niesamowicie ciekawe, ale ogrom trudnych do wymówienia imion królów mnie trochę przytłacza. Dobrze że całość napisana jest klarownym językiem, więc jak na razie się w tym nie pogubiłem.
Do pracy idę dziś w południe. W sumie szybko zleci, ale i tak wezmę książkę z historii, bo nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów (a czytam o wojnach persko-greckich za Dariusza i Kserksesa).
Ciekawe co by było, gdybym zrobił sobie dziś tradycyjne wagary od biurka. Jutro pewnie bym dostał wymówienie z ładnym tekstem w drzwiach: "Panie Massimo, pan już tutaj nie pracuje". A dziś to by całe popołudnie męczyli mnie telefonami o przyczyny nieobecności. Wiem, piszę same głupoty, ale cóż - pomarzyć można.
Cieszmy się - wiosna przyszła!
czwartek, 17 marca 2011
7. O czatowaniu i dwóch numerkach
No i ładna pogoda zdechła. Od rana kapie deszcz - ni to kapuśniaczek, ni ulewa, kapkuje i kapkuje. Postanowiłem wykorzystać brzydką aurę i wziąć się za naukę. Przeczytałem już sporo, ale ciągle nie jestem w połowie (moja książeczka z historii sztuki na ponad 560 stron), ale muszę stwiedzić, że całkiem dobrze się ją czyta. Jest napisana ciekawym językiem i ma dużo zdjęć i szkiców (choć wielu brakuje, aby zrozumieć niektóre terminy z architektury).
Wczoraj zrobiłem sobie przerwę i zaczatowałem. Nie zaglądałem na czat od prawie dwóch lat. Myślałem, że się coś tam zmieniło, na lepsze oczywiście, ale szybko sprowadziłem się do poziomu. Gdy miałem się już wylogować, napisał do mnie jakiś chłopak. Zacząłem z nim klikać. Pisaliśmy ze sobą przez jakiś czas, wydał mi się całkiem interesujący. Nie dogadaliśmy się jedynie w kwestii zainteresowań i form spędzania wolnego czasu. Negował prawie każdy mój wpis - to nie chodzi w góry, nie lubi teatru, nie lubi spacerów, nie lubi zwiedzać, nie lubi tego, nie lubi tamtego. Siedziałby znów cały czas w domu i słuchałby muzyki, która zaś nie leży w moich gustach. Zostawił numer gg i prosił, abym się odezwał, ale nie wiem, czy to zrobię.
Wybrałem się dziś na zakupy. Łaziłem po galerii i szukałem butków. Wchodząc do jednego ze sklepów, od razu dostrzegłem takie, które zapragnąłem mieć. Skórkowe półbuty, bardzo lekkie, wygodne i estetyczne. Przymierzyłem. Mój rozmiar! Ale jakie było moje rozczarowanie, gdy włożyłem drugiego butka. Za ciasny. Porównałem je i okazało się, że jeden jest większego rozmiaru, drugi mniejszego. Dwa różne numery! Mina mi zrzedła, okazało się bowiem, że to ostatnia para. Ktoś musiał kupić przede mną dwa różne butki. Ciekawe kiedy się zorientuje, że jeden but jest mniejszy a drugi większy.
Chciałem dziś coś pooglądać on line, ale internet tnie mi film i się tylko denerwuję. Może znajdę coś interesującego w telewizji.
Wczoraj zrobiłem sobie przerwę i zaczatowałem. Nie zaglądałem na czat od prawie dwóch lat. Myślałem, że się coś tam zmieniło, na lepsze oczywiście, ale szybko sprowadziłem się do poziomu. Gdy miałem się już wylogować, napisał do mnie jakiś chłopak. Zacząłem z nim klikać. Pisaliśmy ze sobą przez jakiś czas, wydał mi się całkiem interesujący. Nie dogadaliśmy się jedynie w kwestii zainteresowań i form spędzania wolnego czasu. Negował prawie każdy mój wpis - to nie chodzi w góry, nie lubi teatru, nie lubi spacerów, nie lubi zwiedzać, nie lubi tego, nie lubi tamtego. Siedziałby znów cały czas w domu i słuchałby muzyki, która zaś nie leży w moich gustach. Zostawił numer gg i prosił, abym się odezwał, ale nie wiem, czy to zrobię.
Wybrałem się dziś na zakupy. Łaziłem po galerii i szukałem butków. Wchodząc do jednego ze sklepów, od razu dostrzegłem takie, które zapragnąłem mieć. Skórkowe półbuty, bardzo lekkie, wygodne i estetyczne. Przymierzyłem. Mój rozmiar! Ale jakie było moje rozczarowanie, gdy włożyłem drugiego butka. Za ciasny. Porównałem je i okazało się, że jeden jest większego rozmiaru, drugi mniejszego. Dwa różne numery! Mina mi zrzedła, okazało się bowiem, że to ostatnia para. Ktoś musiał kupić przede mną dwa różne butki. Ciekawe kiedy się zorientuje, że jeden but jest mniejszy a drugi większy.
Chciałem dziś coś pooglądać on line, ale internet tnie mi film i się tylko denerwuję. Może znajdę coś interesującego w telewizji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



