Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codzienność. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2011

141.

Edycja i zmiana wpisu 16.20.


Z komentarzy pod kilkoma ostatnimi wpisami wynika, że czytający nie rozumieją moich rozterek.
Owszem - nie spotykam się, unikam mężczyzn (w sumie wszystkich, w szczególności zaś gejów), z facetami rozmawiam tylko i wyłącznie w sytuacjach zawodowych, z branżowymi tylko w wirtualu (jest ich aż 2!), nie flirtuję, nie uprawiam przygodnego seksu, rzadko wychodzę z domu (tak na serio to nie mam tu do kogo nawet z piwem pójść). 
Rano wstaję, szykuję się do pracy, wracam i  znów siedzę nad pracą, nieraz do późna, choć ostatnio to już po 21. tulę swoją poduchę. Mieszkam w tej wiosce od ponad trzech miesięcy - nie mam tu żadnych bliższych znajomych, wszyscy zostali w dużym mieście, które z tęsknotą wspominam.
Dlaczego unikam facetów? Dlaczego awersja do gejów wciąż wzrasta? Sam bym na to chciał znać odpowiedź. To przyszło samo. Nie jest to jakaś forma skrajnego widzimisię, bo ja tak akurat chcę, tylko siedzi to gdzieś głęboko w głowie. Może zna ktoś chirurga, który wyłyżeczkuje mi ze wspomnień mózg? Chętnie pójdę na zabieg, jeśli ten miałby coś zmienić.
Ale pisząc wprost - do odsunięcia się i zerwania wszystkich branżowych kontaktów i znajomości przyczynili się sami geje. 
Fellow to targowisko ciał, wyścig szczurów o "lepszego" kutasa do obrobienia, czat internetowy to zdziczała kurwiarnia. Założyłem konto na Kumpello, ale widzę, że dominuje tam taki sam schemat "poznawania się od dupy strony" jak na Fellow. Poznani w inny sposób (np. poprzez bloga) też po jakimś czasie pokazują swoje prawdziwe twarze. Do czasu poznania w realu są mili, rozmowni, udają pomocnych, a jeśli już dojdzie to spotkania, to nerwowo miętolą w garści kondoma i myślą o wyjściu do łazienki lub samochodu. Odmowa seksu staje się przyczyną wyśmiania, obgadania i zerwania kontaktu. Małe podsumowanie - MNIE TAKIE PRAKTYKI NIE INTERESUJĄ!
I sprawa chyba najbardziej znacząca w tym wszystkim - myśli o moim ex, które tak często pojawiaja się we wpisach i w sumie decydują o całokształcie mojego świata. Tak - cholernie mi go brakuje! Pomimo 3 lat od rozstania nadal mnie ściska w gardle, a w momencie spoglądania na jego zdjęcie motyle unoszą mnie pod sufit (dobrze że okna są pozamykane). Ma on w sobie tysiąc cech, które mnie tak pociągały (pociągają) i tysiąc kolejnych, które były (są?) nam wspólne. Ktoś mi bliski przekonał się niedawno na własnej skórze o jego jednej cesze i może to nawet potwierdzić. 
Mój dobry znajomy gej, który od lat jest w stałym związku, powiedział mi po jego odejściu: "Geje, szczególnie ci zagubieni, którzy odchodzą po jakimś czasie do kobiet, często po kilku latach wracają". Dlatego też czekam. I czekać będę.   

Nie przeżyłbym tego, gdybym związał się z kimś, dałbym mu słowo, a w kilka miesięcy później wróciłby On. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Wiadomo z powyższego, co bym zrobił, krzywdząc tym samym niewinną osobę, nie wspominając nawet w jakim rozdarciu sam bym się znalazł. Dlatego siedzę pod swoją miotłą i tylko cichutko piskam. Nic innego mi nie zostało. 

wtorek, 1 listopada 2011

120.

W okna zastukał już listopad... Chyba zbyt szybko ucieka ten czas. Nie wiem, czy ten upływ dni dotyka wszystkich po kolei, czy tylko mnie tak goni. Ale jedna prawda jest niepodważalna - im jest się starszym, tym szybciej ucieka czas. Tak było, jest i będzie, nie da się tego zmienić.


Ostatnie jabłko na działkowej jabłoni
Jesień w pełni. Dałem się ostatnio namówić na spacer na działkę. Wziąłem aparat, tak na wszelki wypadek. Tak rzadko wychodzę z domu (poza wyjściem do pracy), szukałem ciekawych obiektów do uwiecznienia i, ku mojemu rozczarowaniu, nic nie wypatrzyłem. Trzeba by było wybrać się na spacer do lasu (niestety gór tu nie mam, czego niezmiernie żałuję). 
Dzisiejszy poranek zdominowany był przez mgłę, ale z tego, co teraz widzę, słońce przebiło się przez chmury i chyba będzie ładny, słoneczny, aczkolwiek chłodny, dzień.


Cis i ostrokrzew
W domu mam nawał pracy, nie wiem, w co mam wsadzić ręce. Na biurku piętrzą się trzy stosy papierów i książek - ciągle przybywają teksty i analizy na studia, za które nie mam jak się zabrać, bo obok przypomina o swojej obecności stos testów i sprawdzianów z liceum i gimnazjum (dokładnie z 5 klas, trzy jeszcze nie pisały). Już wołają mnie kolejne lektury do czytania, a i prezentacje na sztukę trzeba do przodu przygotować i opisać, goni mnie też wykład na szkolne koło filmowe (w sumie sam się w to wkopałem). Potrzebne by mi było takie trzydniowe roztrojenie się, by dokładnie wszystko zrobić i to jeszcze na czas. Nie wspomnę o książkach, które bym chciał przeczytać dla przyjemności. W sumie to podczytuję co nieco po kilkanaście stron, ale to nie to samo co przeczytanie książki od razu od deski do deski. 


I jeszcze jedno - klasa, która dawała mi tak popalić we wrześniu, nieco się poprawiła, nawet usłyszałem komplement: "Wiedziałam, że jest pan spoko". Miło.  

sobota, 24 września 2011

101.

Zrobiłem dziś z siebie dwa razy kompletnego palanta. Zresztą akurat w tej kwestii zawsze z siebie robię idiotę, więc już się i temu nie dziwię. Mam ogromny problem w kontaktach z chłopakami/facetami w mieście. Otóż stałem w kolejce w markecie w dziale z wyrobami garmażeryjnymi (zachciało mi się frytek). Widziałem dwie ekspedientki za ladą, ale gdy przyszła na mnie kolej, to ni stąd, ni zowąd pojawił się przede mną wysoki chłopak i zapytał z uśmiechem: "Co podać?" Zatkało mnie i zapomniałem języka w gębie. Ciągle na mnie patrzył i czekał, a ja jak głupi wypaliłem: "Rozmyśliłem się" i odszedłem. Zaś przy kasie zrobiłem z siebie jeszcze większego idiotę. Wyłożyłem na taśmę produkty i w tym momencie zmieniła się obsługa - na miejsce pani w średnim wieku przyszedł jakiś gościu. Zrobiło mi się niedobrze i zacząłem zbierać zakupy z powrotem do koszyka i się wycofywać. Ku zdziwieniu ludzi stojących za mną, poszedłem do innej kasy.  
Unikam jak ognia sprzedawców w Empiku, w sklepach z butami lub ciuchami, kelnerów, a jak mam kupić bilet u kierowcy w pekaesie, to mało co mi serducho z klaty nie wyskoczy. W nowej pracy mam podobnie. Gdy rozmijam się z jakimś nauczycielem, spuszczam głowę, a jak jakiś idzie wprost ku mnie - uciekam w bok. I nie lubię, gdy podają mi dłoń na powitanie. W ogóle nie lubię podawać dłoni facetom czy kolegom. 
Chyba powinienem od dziś nosić na szyi tabliczkę z napisem: "Dotkliwie gryzę facetów! Nie podchodź i nie odzywaj się do mnie!"
Miałem napisać coś jeszcze, ale uciekło mi z głowy... 

wtorek, 20 września 2011

100.

Setny wpis...
Dziwię się sobie, że dotrwałem do tak wysokiego numeru notki - jednym na złość nadal tu istnieję, innym jestem zupełnie obojętny, a jeszcze u innych wywołuję uśmieszek politowania tym, że piszę i próbuję w jakiś sposób tu zaistnieć...
Powinno być jubileuszowo i wesoło. Powinno tak być. Może niektórzy zauważyli lub też nie, ale mam ostatnio ciężki okres. Tak, faceci też miewają okres i są przez jakiś czas niedysponowani.
Jestem psychicznie zmęczony. Może fizycznie nie jest ze mną tak źle (jedynie schudło mi się nieco), ale za to szwankuje głowa. Wracam z pracy wyczerpany umysłowo. Zdarza się, że i nerwowo. Jedna klasa sprawia mi duże problemy, bo się stawiają. Są dni, że zaczynam zajęcia o ósmej rano, a z pracy wychodzę przed 16, a potem w domu też muszę posiedzieć nad tematami lub zeszytami. Nieraz mam wrażenie, że jestem zbyt głupi i ograniczony na prowadzenie zajęć w ogólniaku.
Do tego dochodzi jesienna depresja i skoki nastroju. Najciężej jest wieczorami, a robią się one dłuższe, ciemniejsze i coraz bardziej zimne. Rzadko gdzieś wychodzę, tak prawdę mówiąc, to nawet nie mam gdzie wyjść. Na ambitną książkę nie mam sił i chęci, więc załączam filmy, które już widziałem kilka razy. W przeciągu ostatniego tygodnia chyba po 4 razy obejrzałem Sheltera i Ostatniego Mohikanina.  
Za sprawą korespondencji z EL dużo myślę o przebaczeniu. Niestety, jest ono niemożliwe. Nawet jeśli leżałbym umierający, a śmierć trzymałaby mnie już za rękę, odwrócę głowę do ściany. Mi nigdy nikt nie dał drugiej szansy - od razu przekreślono moje imię i wymazano z pamięci, dlaczego więc ja mam dawać ponowną szansę komuś, kto mnie oczernił i pomówił publicznie? Przykro mi.   

piątek, 22 lipca 2011

67. O lepszym i gorszym pojebie...

Upokorzenie zaliczyłem dziś trzy razy... Pomału zaczynam się do tego przyzwyczajać... Jak na razie robię dobrą minę do złej gry, ale wewnątrz dusi mnie coraz bardziej. Ściska mnie w gardle za każdym razem, gdy wchodzę do firmy, sklepu lub jakiegoś biura, które szukają pracowników i, najczęściej, wychodzę z trzęsącymi się rękoma. Nie dlatego, że stresuję się z zapytaniem o etat, ale po usłyszeniu serii wymagań. 


Po dzisiejszym dniu już nie wiem, co jest dobre a co złe podczas wstępnej rozmowy, a pytałem w kilkunastu miejscach, począwszy od budek z hot dogami i frytkami, poprzez lokale gastronomiczne, sklepy z ciuchami i różne biura. Z tego, co widzę, praca jest, ale nie jestem w stanie sprostać stawianym wymaganiom, i to nie poprzez wygórowane ambicje czy moje widzimisię, ale te narzucone z zewnątrz. 

Prawda jest taka, że mogę zapomnieć o sklepach z ciuchami lub z butami (a właśnie ofert takich jest najwięcej) w galerii handlowej, bo tam oczekują atrakcyjności, dobrego wyglądu i prezencji (możesz być po podstawówce i nie umieć liczyć do 100, ale jak dobrze wygladasz, to pracę masz od zaraz). W jednym sklepie zapytałem: "Jakie trzeba spełnić wymagania, by dostać pracę z ogłoszenia", na co laska wypaliła: "Trzeba dobrze wyglądać!" W drugim sklepie było jeszcze gorzej. Po zapytaniu o pracę dwóch dziewczyn zza lady jedna szybko szturchnęła drugą i padło: "Już nieaktualne!". Chciałem coś dopytać, ale jak widziałem ich wyniosłe i obrażone miny, podziękowałem i na odchodnym usłyszałem: "Boże, co za pojeb...". A w miejscu, gdzie składałem formularz, też mnie nie pogłaskali po główce - "Przyjęliśmy już kogoś z lepszą ofertą!". 

I tak mam już od jakiegoś czasu. Zrobiłem już 4 wersje okrojonego cv. I nic. I wcale to nie jest śmieszne, że koryguję swoje cv! Dwa razy złapałem się na tym, że sam do siebie mówię: "Co to robisz..." Siedzę w domu jak na szpilkach, a czas leci. I zaczyna nie być wesoło! Pociesza mnie tylko jeden fakt, że niezależnie od umiejętności, doświadczenia i wykształcenia na komunalnym będą musieli mnie przyjąć... Tak, mam wisielczy humor... Przynajmniej pogoda jest ładna...

środa, 13 lipca 2011

61. O próbach szukania pracy

W miniony poniedziałek zakończyłem swoj krótki urlop i trzeba było powrócić do szarej codzienności. Z Trójmiasta przyjechałem rozklekotanym pociągiem Interregio, który, nawet nie dojechawszy do Bydgoszczy, zepsuł się gdzieś po drodze. W wyniku godzinnego opóźnienia mało co nie spóźniłem się na przesiadkę w Katowicach. Ale wszystko potoczyło się dobrze i dojechałem do domu na czas i urlop uznaję za udany, a to przecież najważniejsze. 


Po wojażach po Pomorzu trzeba wrócić do przyziemnych spraw, czyli szukania pracy. Wiem, że w swoim zawodzie pracy nie znajdę (jeszcze nawet nie wyobrażam sobie tego), chyba że ktoś się odezwie w sierpniu, jak rozpocznie się drugi nabór. W każdym bądź razie rozglądam się za czymś zastępczym i z tego, co zauważyłem wczoraj, będzie ciężko. 

Byłem w czterech miejscach, gdzie są wolne etaty i w każdym z nich pocałowałem klamkę. W pierwszym miejscu chcą tylko i wyłącznie dziewczynę/kobietę, w drugim odważnie stwierdzono: "Niestety, to nie posada dla pana! Ma pan zbyt wysokie kwalifikacje", i, pomimo moich argumentów, kategorycznie mi odmówiono, trzecie miejsce to jakieś nieporozumienie i przykro mi się zrobiło, gdy usłyszałem: "Ale my potrzebujemy kogoś bardzo atrakcyjnego, a pan..." (miałem wrażenie, jakbym o posadę w burdelu się pytał). Do czwartego miejsca wszedłem odważnie, ale za kontuarem stało trzech wysokich i przystojnych mężczyzn i zwątpiłem, bo przy nich poczułem się jak strach na wróble. 

Czas ucieka, a ja nie mam jeszcze nic na oku. Zabezpieczony finansowo na razie jestem, więc poczekam do końca lipca, a potem wezmę to, co znajdę, jeśli nikt nie odezwie się z branży. Muszę czekać do sierpnia. Zaczynam się tym niepokoić i zastanawiam się nad uproszczeniem cv (co i tak już zrobiłem), bo w pełnej wersji odstrasza ono wszystkich po kolei. I po co mi były te wszystkie studia, skoro przeszkadzają one w znalezieniu nawet prostej pracy.  Na razie nadrabiam braki w czytaniu, w filmach, w muzyce i w spacerach. 

niedziela, 12 czerwca 2011

43. O innym spojrzeniu na świat

Na zewnątrz piękna pogoda. Słoneczko przygrzewa, wiaterek muska twarz, a przez rozbłękitnione niebo bliżej jest do gwiazd. Na łące trawka się zieleni, listeczki drgają w cieniu, pszczoły latają pośród mleczy i dzwonków, woda w rzece lekko szumi. Pewnie tak jest za miastem, na Błoniach, czyli tam, gdzie mnie nie ma, a powinienem być. Marzy mi się całodniowy spacer z aparatem w rękach, o głowie pełnej swobody i letniej beztroski. Chciałbym usiąść w cieniu brzóz, pośród polnych kwiatów i zaczytać się w ciekawej książce. Mam nadzieję, że już niedługo się tak stanie, bo przede mną ostatni zjazd na studiach i, tak myślę, ostatnie zaliczenia i egzamin w tym semestrze. Ale zanim do tego dojdzie, muszę się jeszcze pomęczyć nad napisaniem esejów. Ale za to później czeka mnie właśnie taka nagroda, jak to przedstawiłem powyżej. Warto.


W ostatnich tygodniach jestem drażliwy. Wiem o tym. Wkurzam się niepotrzebnie na całkiem błahe sprawy. Wybrałem się wczoraj na spacer z przyjaciółką i gadaliśmy całe popołudnie o wielu sprawach dotyczących firmy i nie tylko. Skwitowała moje problemy: "Wyluzuj! Za bardzo się tym przejmujesz!". Wiem, że ma rację. Posłuchałem też jej rady i położyłem się spać dużo wcześniej i w końcu się wyspałem, bo tak prawdę mówiąc, mało i źle sypiam. Aż inaczej się czuję. Jeszcze trochę i zamknę za sobą ten etap. Wytrzymam. 

A teraz zabieram się za napisanie pracy z aksjologii i zamierzam pisać o przyjemnościach ciała i umysłu. 
EDIT: Zmieniłem nieco plany i napisałem pracę o kłamstwie. Jeszcze dwie...  

wtorek, 31 maja 2011

38. O dyskryminacji

Nawet nie wiem, od czego miałbym zacząć ten wpis, ale jak tytuł wskazuje, podejmie on ważką dla całego środowiska LGBT kwestię - zwolnienia z pracy osoby homoseksualnej właśnie z powodu odmiennej orientacji. Takie rzeczy się zdarzają i tym razem padło na mnie.


Zdarza się, że sprawy dyskryminacji zostają nagłośnione medialnie, a osoby, których problem dotyka bezpośrednio, na siłę outuje się. Mówi się o nich w telewizji, pisze w internecie, pisze w gazetach. Ofiara dyskryminacji, chcąc lub nie chcąc, staje się "public persona number one", o której robi się programy i której wizerunek umieszcza się w mediach, nawet w przypadku jej wyraźnego sprzeciwu. Dlaczego wspominam o tym na początku swojej notatki? Nie chcę rozgłosu, nie potrzebuję, aby pisały i mówiły o mnie media, pragnę tylko sprawiedliwości i równego traktowania. Nic więcej.

Jak wspomniałem w pierwszym akapicie, padłem ofiarą dyskryminacji i doprowadzono do nieprzedłużenia umowy o pracę. Skąd to wiem? Dzięki dzisiejszym pogaduchom z koleżanką w firmie. W trakcie naturalnej rozmowy wyszło na jaw kilka faktów, które mnie zainteresowały. Drążąc temat, a nie sugerując ze swojej strony jakiejkolwiek ciekawości, dopytywałem w swojej sprawie. Aktualnie jestem przekonany w 60 %, iż powodem mojego zwolnienia jest mój homoseksualizm. Oczywiście nie mam na to stuprocentowych dowodów, ale przesłanki i zachowania szefostwa i niektórych współpracowników na to wskazują. Musiałbym mieć niepodważalny dowód, aby wytoczyć działo na pole bitwy, a tak jestem skazany od razu na niepowodzenie. Nawet nie mam co próbować, bo tylko pogorszę i tak już złą i niemiłą sytuację.

Fakt utraty pracy nie był czymś nagłym, był to stopniowo narastający proces. Czekano tylko na odpowiedni moment i mimowolnie, tak przy okazji, na forum rzucono mi wiadomość o braku etatu. Szefostwo nawet nie poprosiło mnie na rozmowę na osobności, zostało to "załatwione" przy moich koleżankach i kolegach, tak po prostu na forum publicznym. Minął ponad miesiąc i do tej pory nikt nie wezwał mnie na rozmowę, a jeśli nawet mijam się z szefową, to obdarza mnie ironicznym uśmieszkiem i szybko odchodzi. Wczoraj to samo było z szefem. Wrócił on z dwutygodniowej delegacji i chciałem się z nim przywitać i podać mu rękę, to minął mnie jak powietrze. Część koleżanek też jest niemiła, i to ta część, która nie wychodzi z gabinetu szefowej. Mijają mnie jak obcego, robią złośliwe miny, nie odzywają się, gadają za plecami, nie wspomnę o tym, że wykreślono mnie ze wspólnych projektów i zadań firmowych. Te zadania, za które byłem odpowiedzialny, odebrano mi i przekazano innym osobom. Tak po prostu, nie mówiąc mi nawet o tym.


Ktoś mnie sypnął u szefostwa, a te, widząc zagrożenie dla wizerunku firmy w czymś, co mogłby wyjść na jaw i wywołać skandal, pozbyło się mnie, nie patrząc na ilość przepracowanych lat, na awans, na dobrą jakość pracy, dyspozycyjność, rzetelność, dobrą frekwencję. Nie rozumiem, dlaczego mój prywatny status, który w ogóle nie ma wpływu na firmę i na jakość wykonywanej pracy, zadecydował o moim zwolnieniu. Nabrano wody w usta i czeka się tylko na moment końca mojej umowy. Wtedy wszyscy odetchną z ulgą, bo zagrożenie minęło i "ten inny" poszedł w swoją stronę.

Nie wiem, co mam zrobić. Jestem tym zmęczony. Jak zawsze i chętnie wstawałem do pracy, tak ostatnio mam torsje na myśl, że muszę znów tam iść. Pociesza mnie tylko jedno - za miesiąc się to skończy. Tylko że wówczas oni będą tryumfować, bo pozbyli się problemu, i dopiero będą mogli gadać na mnie, bo nie będzie ryzyka, że przypadkowo usłyszę. Powieszą na mnie ostatnie psy.

poniedziałek, 23 maja 2011

36. O obżeraniu się słodyczami

Wtrąbiłem przed chwilą wiaderko lodów i dwa pączki, przede mną paczka ciastek, baton marcepanowy i duży karton soku. Stresuję się. Już od wielu dni. I wcinam słodycze tonami, jak jeszcze nigdy. Zawalony jestem papierzyskami, a mam lenia. Nadal... Nie wiem, co się mi stało ostatnimi czasy. Próbuję się czegoś chwytać i chyba tylko udaję, że coś robię. Nie wiem, jak to będzie, bo nie dam rady zaliczyć sesji na dwóch kierunkach. Chyba przełożę kilka przedmiotów na wrzesień. Trudno.
W pracy też nieciekawie. Atmosfera napięta. Niektórzy nadal na mnie spod byka zerkają, mijają mnie z nadmuchanymi fochem twarzami, a inni wręcz śmieją się ironicznie. Wiadomo o co chodzi, oni zostają, ja nie... 
Nawet nie wiem, o czym mógłbym tu napisać. Mam pustą głowę. Trawi mnie obojętność na wszystkich i na wszystko. Obojętny nie jestem tylko na słodycze, którymi codziennie się objadam ze sporą nadwyżką. Będę wkrótce jak współczesny Amerykanin w spodniach w rozmiarze XXXXL. Wali mnie to. I tak nikt na mnie uwagi nie zwraca (może wówczas będą, jak spasę się jak maciora). 

I śnił mi się ostatnio, i to kilka razy z rzędu, mój Książę i jego błękitne oczęta. Pocałował mnie w policzek i mocno przytulił. Do tej pory czuję zapach jego perfumy. Jak o nim nie myślę za dnia, to sam mi się przypomina w nocy. I tak w kółko. Raz tak, raz tak. Pragnę spojrzeć głęboko w jego oczy i się rozpłynąć jak lód na patyku w upale. Tak mogę. 

czwartek, 19 maja 2011

33. O złośliwości rzeczy matrwych

Znalazłem fotkę, którą kiedyś tam cyknąłem w pewnym dużym mieście. Zawieruszyła mi się wśród setek innych zdjęć. Była kiedyś potrzebna mi na gwałt, a teraz, kiedy już wstawiłem na jej miejsce coś innego, znalazła się. To się nazywa złośliwość rzeczy martwych.
Zawiozłem dziś cv w jedno miejsce, o którym nawet bym wcześniej nie pomyślał, że tam złożyć miałbym jakieś dokumenty. Nie powiedzieli nic, że mają komplet, oznajmiono mi jedynie, że cv trafi do rąk głównego dyrektora. Padnę na kolana nawet w centrum miasta, gdyby się stamtąd ktoś odezwał i mi coś zaproponował.

Zwiedzanie z uśmiechem. Zdjęcie własne. 
 

sobota, 23 kwietnia 2011

21. O świętach

Wszystkim Blogerom - tym, którzy święta obchodzą i tym, co nie - wszystkiego najlepszego i spełnienia marzeń, przede wszystkim tych najskrytszych! Spokojnych i rodzinnych świąt! 

wtorek, 19 kwietnia 2011

18. O powinnościach lenia

A w tytule to chyba o mnie. Powinienem wziąć się za coś pożytecznego, bo czwarty dzień mija (z niedzielą), jak siedzę w domu na L4 i nic nie robię. Ciągle coś czytam i czytam. Na razie tylko czytam i zaznaczam ważne fragmenty, a jak skończę, to trzeba będzie zasiąść i napisać co nieco. A nazbierało się już tego sporo. 
Jutro po południu opuszczam swoją mieścinkę i jadę do rodzinki na święta. Powinienem coś posprzątać przed wyjazdem, a tak mi się nie chce (ostatnie mycie okien już odchorowałem). Poodkurzam i zetrę kurze, poukładam papiery i przebiorę łachy w szafach, bo jeszcze tego po zimie nie zrobiłem. I zejdzie mi do wieczora pewnie. 
Przynajmniej udało mi się odwiedzić dziś antykwariat i biblioteki. Chyba po raz pierwszy udało mi się zdobyć w komplecie to, czego szukałem (w sumie sama starożytność), a i kupiłem książkę z estetyki, o którą kiedyś pokłóciłem się z bibliotekarką, bo nie chciała mi jej prolongować na kolejny miesiąc. Teraz mam swoją i może mnie pocałować tam, gdzie światło w dzień nie dochodzi (wtedy mi nie pożyczyła tej książki drugi raz). 


OK, zabieram się pomału za wspomniane wyżej porządki, może coś konkretnego podziałam, a potem pójdę na godzinę do wanny i wygrzeję się w gorącej i pachnącej płynem wodzie i coś przy okazji poczytam...