czwartek, 28 kwietnia 2011
24. O złym
Wczoraj stało się coś złego. Wstałem dziś z bólem i hukiem w głowie. Mało co spałem, a jak już - to z majakami. Jakoś funkcjonowałem wczorajsze popołudnie, na spacer się wybrałem, aby odświeżyć umysł, ale za to czas przed zaśnięciem był straszny. Rozmowa telefoniczna z A. jakoś mnie nieco wyciszyła i z trudem usnąłem. Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem.
środa, 27 kwietnia 2011
23. O męskiej inspiracji
Jak lepiej? Trevor z grzywką czy bez grzywki?
Jak dla mnie - bez grzywki! Piękny!
Edit:
PS. Nie chciałbym być tutaj posądzony o stereotypowe myślenie i takież postrzeganie rzeczywistości, bo piękno człowieka nie leży przecież w jego fizycznej powierzchowności, a w sercu i w umyśle, co dla dzisiejszego społeczeństwa odeszło w zapomnienie, bo ciągle ono goni coś, co jest nietrwałe i niewartościowe. Człowieka powinno się oceniać po tym, co czyni i po jego stosunku do ludzi i świata, a nie po jego wyglądzie. To taka mała dygresja, która nasunęła mi się już po opublikowaniu tego postu i wyrażeniu opinii. Chciałbym, aby sprawa była jasna - fizyka to fizyka - ulega ciągłym przemianom i bardzo często to, co piękne, może z czasem zbrzydzieć (szkoda że zjawisko to nie działa w drugą stronę). A bohater Sheltera urzekający.
Jak dla mnie - bez grzywki! Piękny!
Edit:
PS. Nie chciałbym być tutaj posądzony o stereotypowe myślenie i takież postrzeganie rzeczywistości, bo piękno człowieka nie leży przecież w jego fizycznej powierzchowności, a w sercu i w umyśle, co dla dzisiejszego społeczeństwa odeszło w zapomnienie, bo ciągle ono goni coś, co jest nietrwałe i niewartościowe. Człowieka powinno się oceniać po tym, co czyni i po jego stosunku do ludzi i świata, a nie po jego wyglądzie. To taka mała dygresja, która nasunęła mi się już po opublikowaniu tego postu i wyrażeniu opinii. Chciałbym, aby sprawa była jasna - fizyka to fizyka - ulega ciągłym przemianom i bardzo często to, co piękne, może z czasem zbrzydzieć (szkoda że zjawisko to nie działa w drugą stronę). A bohater Sheltera urzekający.
wtorek, 26 kwietnia 2011
22. O kruchości życia ludzkiego
Znów będzie o filmie. Dużo ostatnio oglądam, a to w wyniku dostępu do szybkiego internetu, bo jak już jutro wrócę do siebie, to oglądanie się skończy. Trzeba wrócić do naukowych i zawodowych galer.
Obejrzałem przejmujący i wstrząsający film. Różne opinie o nim znalazły się na forum - "nudny, dołujący, smętny, ale i interesujący, wciągający, przejmujący". Na mnie zrobił duże wrażenie nie tylko opowiedzianą historią (opartą na faktach), ale i plenerowymi zdjęciami i muzyką.
Bohaterem 127 godzin (2010) jest młody alpinista Aron. Spędza każdy wolny dzień na samotnych eskapadach w odludne i trudno dostępne rejony Ameryki. Tym razem wybrał się w skaliste i odludne tereny Utah. Rowerem przez kamienistą pustynię zamierza dotrzeć do kanionu. Fascynuje się przyrodą, robi zdjęcia. Towarzyszą mu jedynie plecak i słuchawki na uszach. Jednak w pewnym momencie dochodzi do wypadku. Aron, próbując zejść do szczeliny pomiędzy skałami, opiera się o poluzowany głaz i wraz z nim spada na dno kanionu. Głaz zaklinował się w wąskim przesmyku, przygniatając prawą rękę Arona. Chłopak zostaje uwięziony. Zaczyna się potworna walka o uwolnienie się z pułapki, a tym samym o życie. Nikt nie słyszy jego wołania, woda w bidonie pomału się kończy, ból w przygniecionej ręce dręczy, a i świadomość tego, że nikt nie wie, dokąd się wybrał, sprawia, że chłopak zaczyna wątpić w ratunek. Walczy z bólem, z zimnem, z pragnieniem, z samotnością i ze świadomością rychłej straszliwej śmierci głodowej.
Nie będę opowiadał, co dzieje się dalej z bohaterem, bo wstrząsa mną dreszcz, gdy wspominam sobie te straszne sceny. Nie wiem, co bym zrobił na miejscu tego chłopaka, ale chyba bym się nie odważył na to, co sam sobie uczynił.
Film nieco przypomina Pogrzebanego z Ryanem Reynoldsem - bohater w śmiertelnej pułapce, nagrywający swe ostatnie chwile na kamerę wideo, walka ze strachem, z własnymi fobiami i słabościami, refleksje nad całym życiem w obliczu zbliżającej się śmierci i wspomnienia, które dręczą umęczony umysł.
Film przejmujący i wzruszający ze świetną ścieżką dźwiękową i zdjęciami w pięknym amerykańskim plenerze.
127 godzin to też film o kruchości ludzkiego życia, podkreśla to, że człowiek jest jedynie ziarenkiem piasku i nie może równać się z potęgą natury.
Obejrzałem przejmujący i wstrząsający film. Różne opinie o nim znalazły się na forum - "nudny, dołujący, smętny, ale i interesujący, wciągający, przejmujący". Na mnie zrobił duże wrażenie nie tylko opowiedzianą historią (opartą na faktach), ale i plenerowymi zdjęciami i muzyką.
Bohaterem 127 godzin (2010) jest młody alpinista Aron. Spędza każdy wolny dzień na samotnych eskapadach w odludne i trudno dostępne rejony Ameryki. Tym razem wybrał się w skaliste i odludne tereny Utah. Rowerem przez kamienistą pustynię zamierza dotrzeć do kanionu. Fascynuje się przyrodą, robi zdjęcia. Towarzyszą mu jedynie plecak i słuchawki na uszach. Jednak w pewnym momencie dochodzi do wypadku. Aron, próbując zejść do szczeliny pomiędzy skałami, opiera się o poluzowany głaz i wraz z nim spada na dno kanionu. Głaz zaklinował się w wąskim przesmyku, przygniatając prawą rękę Arona. Chłopak zostaje uwięziony. Zaczyna się potworna walka o uwolnienie się z pułapki, a tym samym o życie. Nikt nie słyszy jego wołania, woda w bidonie pomału się kończy, ból w przygniecionej ręce dręczy, a i świadomość tego, że nikt nie wie, dokąd się wybrał, sprawia, że chłopak zaczyna wątpić w ratunek. Walczy z bólem, z zimnem, z pragnieniem, z samotnością i ze świadomością rychłej straszliwej śmierci głodowej.
Nie będę opowiadał, co dzieje się dalej z bohaterem, bo wstrząsa mną dreszcz, gdy wspominam sobie te straszne sceny. Nie wiem, co bym zrobił na miejscu tego chłopaka, ale chyba bym się nie odważył na to, co sam sobie uczynił.
Film nieco przypomina Pogrzebanego z Ryanem Reynoldsem - bohater w śmiertelnej pułapce, nagrywający swe ostatnie chwile na kamerę wideo, walka ze strachem, z własnymi fobiami i słabościami, refleksje nad całym życiem w obliczu zbliżającej się śmierci i wspomnienia, które dręczą umęczony umysł.
Film przejmujący i wzruszający ze świetną ścieżką dźwiękową i zdjęciami w pięknym amerykańskim plenerze.
127 godzin to też film o kruchości ludzkiego życia, podkreśla to, że człowiek jest jedynie ziarenkiem piasku i nie może równać się z potęgą natury.
sobota, 23 kwietnia 2011
21. O świętach
piątek, 22 kwietnia 2011
20. O kolejnej branżowej inspiracji filmowej
Zamiast się uczyć (wziąłem ze sobą podręczniki) to ja filmy oglądam. Ale mam trochę zaległości w kinowych obrazach. Dzięki uprzejmości i pomocy wirtualnego znajomego zaistalowałem program do ściągania filmów i ściągnąłem i obejrzałem już świetny według mnie branżowy hit - Shelter z 2007 roku. Ogólnie to mało takich filmów widziałem, dlatego też może robią na mnie tak duże wrażenie (kiedyś Filadelfia była emitowana w tv i chyba Tajemnica Brokeback Mountain, ale mocno ocenzurowana i tak chyba nic więcej).
A więc dziś Shelter. Film opowiada o młodym chłopaku, który odkrywa swoją seksualność i tym samym szuka dla siebie miejsca w świecie. Mieszka z siostrą i jej małym synem na przedmieściach, razem próbują utrzymać się z prac dorywczych. Pewnego dnia Zack spotyka swojego dawnego kolegę, teraz zdeklarowanego geja, i zaczyna spędzać z nim sporo czasu. Razem surfują. Z czasem Zack spostrzega, że zauroczył się (z wzajemnością) w przesympatycznym Shaunie. Czuje się rozdarty pomiędzy tym, co dyktuje mu serce a tym, co rozum. Zrywa z Shaunem. Szuka wsparcia, lecz siostra ani najlepszy przyjaciel (młodszy brat Shauna) nie mogą mu pomóc. Z problemem zostaje sam. Sytuacja się komplikuje, gdy siostra oznajmia mu, iż musi wyjechać, ale nie może zabrać ze sobą syna. W tym też czasie Zack dokonuje wyboru - jedzie do Shauna i godzi się z nim, po czym razem jadą po małego i zabierają go ze sobą. Film kończy się rodzinną sceną na plaży - Zack, Shaun i mały Cody grają we frisby i uczą się surfować.
Świetny film, taki życiowy i spokojny, do tego rewelacyjna ścieżka dźwiękowa. Polecam.
A więc dziś Shelter. Film opowiada o młodym chłopaku, który odkrywa swoją seksualność i tym samym szuka dla siebie miejsca w świecie. Mieszka z siostrą i jej małym synem na przedmieściach, razem próbują utrzymać się z prac dorywczych. Pewnego dnia Zack spotyka swojego dawnego kolegę, teraz zdeklarowanego geja, i zaczyna spędzać z nim sporo czasu. Razem surfują. Z czasem Zack spostrzega, że zauroczył się (z wzajemnością) w przesympatycznym Shaunie. Czuje się rozdarty pomiędzy tym, co dyktuje mu serce a tym, co rozum. Zrywa z Shaunem. Szuka wsparcia, lecz siostra ani najlepszy przyjaciel (młodszy brat Shauna) nie mogą mu pomóc. Z problemem zostaje sam. Sytuacja się komplikuje, gdy siostra oznajmia mu, iż musi wyjechać, ale nie może zabrać ze sobą syna. W tym też czasie Zack dokonuje wyboru - jedzie do Shauna i godzi się z nim, po czym razem jadą po małego i zabierają go ze sobą. Film kończy się rodzinną sceną na plaży - Zack, Shaun i mały Cody grają we frisby i uczą się surfować.
Świetny film, taki życiowy i spokojny, do tego rewelacyjna ścieżka dźwiękowa. Polecam.
czwartek, 21 kwietnia 2011
19. O inspiracjach kinem gejowskim
Mając pod ręką szybki internet, obejrzałem dwa filmy prosto z branżowej półki. Wczoraj wieczorem zobaczyłem Samotnego mężczyznę, dziś Czas, który pozostał, polecony przez wirtualnego znajomego. Oba filmowe obrazy przygnębiające i smutne, ale, niestety, ukazujące prawdę o branżowej społeczności lub jej jakiejś części.
Film pierwszy wywołuje melancholię i poczucie refleksji o człowieku. Bohaterem jest zamożny profesor literatury angielskiej, próbujący pogodzić się z tragiczną śmiercią swojego wieloletniego partnera. Wykłada na uczelni, rozmawia ze studentami, spotyka się z przyjaciółką, która skrycie się w nim kocha. Będąc wśród ludzi, udaje dobre samopoczucie, bo naprawdę walczy z depresją i skrycie planuje samobójstwo. Film przeplatany jest reminiscencjami z przeszłości bohatera - raz pojawia się jego dzieciństwo, potem wspomnienia ze wspólnych chwil z ukochanym. Najbardziej uderzyła mnie scena, gdy obaj siedzą na sofie zwróceni do siebie, oparci plecami o boki i czytają. Piękna scena domowego życia, jedności myśli i zainteresowań, pasji i bliskości. George nie może go zapomnieć i pogodzić się z jego stratą. Nawet gdy poznaje się bliżej ze swoim studentem, który prawdopodobnie podkochuje się w swoim profesorze, nie potrafi zapomnieć. Myślałem, że film skończy się dobrze, lecz tak się nie stało. Jednym słowem - warto zobaczyć. Ja będę oglądał jeszcze raz.
Drugi film - Czas, który pozostał - również mnie wzruszył, chyba nawet bardziej niż pierwszy. Bohaterem jest 31. letni Remy, fotograf, przed którym kariera stoi otworem. Dowiaduje się, że ma złośliwy nowotwór i zostało mu ok. 3 miesięcy życia. Chłopak zaczyna się izolować od wszystkich, zrywa ze swoim chłopakiem i każe mu się wyprowadzić, zrywa kontakty, w pracy bierze urlop, w domu mówi, że wyjeżdża na sesję do Tokio. Nie chce, aby się ktoś dowiedział o jego chorobie. Boi się wszechstronnego współczucia od wszystkich. Szczerze rozmawia jedynie ze swoją babką. W drodze do niej, w przydrożnym barze, poznaje kelnerkę. Wpada jej w oko. W drodze powrotnej znów się spotykają. Kobieta wychodzi ku niemu z niesamowitą propozycją - chce, aby Remy się z nią przesapał, gdyż jej mąż jest bezpłodny, a oni bardzo chcą mieć dziecko. Remy odmawia, lecz w jakiś czas później jedzie do niej i pomiędzy nim a małżonkami dochodzi do nocnego spotkania. Kobieta zachodzi w ciążę, a Remy przepisuje swojemu jeszcze nie narodzonemu dziecku cały swój majątek. Potem wyjeżdża nad morze i umiera na plaży pośród setek plażowiczów, z których nikt nie zauważył momentu, kiedy Remy odszedł ze świata żywych. Umarł w świetle zachodzącego słońca - szczęśliwy i pogodzony z chorobą i czekającym go niewiadomym.
Oba filmy opowiadają o samotności człowieka. O jego bólu, cierpieniu, samotności. Jak to pięknie napisał kiedyś Antoine de Saint-Exupéry: "Nawet wśród ludzi jest się samotnym" i właśnie te filmy o tym opowiadają. Polecam.
Film pierwszy wywołuje melancholię i poczucie refleksji o człowieku. Bohaterem jest zamożny profesor literatury angielskiej, próbujący pogodzić się z tragiczną śmiercią swojego wieloletniego partnera. Wykłada na uczelni, rozmawia ze studentami, spotyka się z przyjaciółką, która skrycie się w nim kocha. Będąc wśród ludzi, udaje dobre samopoczucie, bo naprawdę walczy z depresją i skrycie planuje samobójstwo. Film przeplatany jest reminiscencjami z przeszłości bohatera - raz pojawia się jego dzieciństwo, potem wspomnienia ze wspólnych chwil z ukochanym. Najbardziej uderzyła mnie scena, gdy obaj siedzą na sofie zwróceni do siebie, oparci plecami o boki i czytają. Piękna scena domowego życia, jedności myśli i zainteresowań, pasji i bliskości. George nie może go zapomnieć i pogodzić się z jego stratą. Nawet gdy poznaje się bliżej ze swoim studentem, który prawdopodobnie podkochuje się w swoim profesorze, nie potrafi zapomnieć. Myślałem, że film skończy się dobrze, lecz tak się nie stało. Jednym słowem - warto zobaczyć. Ja będę oglądał jeszcze raz.
Drugi film - Czas, który pozostał - również mnie wzruszył, chyba nawet bardziej niż pierwszy. Bohaterem jest 31. letni Remy, fotograf, przed którym kariera stoi otworem. Dowiaduje się, że ma złośliwy nowotwór i zostało mu ok. 3 miesięcy życia. Chłopak zaczyna się izolować od wszystkich, zrywa ze swoim chłopakiem i każe mu się wyprowadzić, zrywa kontakty, w pracy bierze urlop, w domu mówi, że wyjeżdża na sesję do Tokio. Nie chce, aby się ktoś dowiedział o jego chorobie. Boi się wszechstronnego współczucia od wszystkich. Szczerze rozmawia jedynie ze swoją babką. W drodze do niej, w przydrożnym barze, poznaje kelnerkę. Wpada jej w oko. W drodze powrotnej znów się spotykają. Kobieta wychodzi ku niemu z niesamowitą propozycją - chce, aby Remy się z nią przesapał, gdyż jej mąż jest bezpłodny, a oni bardzo chcą mieć dziecko. Remy odmawia, lecz w jakiś czas później jedzie do niej i pomiędzy nim a małżonkami dochodzi do nocnego spotkania. Kobieta zachodzi w ciążę, a Remy przepisuje swojemu jeszcze nie narodzonemu dziecku cały swój majątek. Potem wyjeżdża nad morze i umiera na plaży pośród setek plażowiczów, z których nikt nie zauważył momentu, kiedy Remy odszedł ze świata żywych. Umarł w świetle zachodzącego słońca - szczęśliwy i pogodzony z chorobą i czekającym go niewiadomym.
Oba filmy opowiadają o samotności człowieka. O jego bólu, cierpieniu, samotności. Jak to pięknie napisał kiedyś Antoine de Saint-Exupéry: "Nawet wśród ludzi jest się samotnym" i właśnie te filmy o tym opowiadają. Polecam.
wtorek, 19 kwietnia 2011
162. Na święta
Życzę wszystkim pogodnych i spokojnych świąt wielkanocnych.
Niechaj spełnią się Wasze życzenia i pragnienia.
Wszystkiego dobrego!
Niechaj spełnią się Wasze życzenia i pragnienia.
Wszystkiego dobrego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)












