piątek, 10 września 2010

14. Skrótowiec

1. Miałem dziś w pracy taki młyn, że nie wiem, jak się nazywam. Ta świetlica mnie wykończy, jeszcze kilka takich dni i ocipieję zupełnie. Piątki mam straszne! Do tego łeb mi pęka, spać mi się chce z niskiego ciśnienia i mam znów cholerną chcicę na coś słodkiego.
2. Powstawiałem już pierwsze oceny, w tym kilka pałek za braki zadań. Szóstaki pisali dziś kartkówkę (zapowiedzianą), poprzeglądałem je w wolnej chwili i czuję, że wesoło nie będzie.
3. Na dniach zerwałem kontakt z Łosiem. Napisałem mu, że wycofuję się, całą winę wziąłem na siebie, bo taka też jest prawda. Zablokowałem też Młodego na GG, coś ostatnio mnie zwodził i okłamywał. Dość tych bajek! I tak oto w ten sposób zostałem sam jak palec. 
4. Zawiozłem teczkę z dokumentami na uczelnię, czekam teraz na wynik rekrutacji, a wkrótce też mam egzamin na drugi kierunek i nic jeszcze do niego nie zrobiłem. 
5. Jakiś ten tydzień dziwny jest - jutro kolejna rocznica zamachu na WTC i 12 września kolejna rocznica M. (6).
6. A u Niedefiniowalnego znajduje się utwór muzyczny - "Marchin On", od którego nie potrafię się oderwać. Krążył mi całą noc po głowie, a i przez cały dzień nucę refren jak głupi. Bardzo mi się podoba. A na fotce wykonawcy tego kawałka:

OneRepublic

czwartek, 9 września 2010

13. Sny


Fizjologia snu nie została do tej pory zgłębiona. Badania jego istoty pochłonęły już dziesiątki godzin obserwacji klinicznych, stosy papieru do analiz i opisów poszczególnych przypadków. Nadal nikomu nie udało się zbadać jego tajemnic i systemu funkcjonowania. Powstało na jego temat wiele teorii nie tylko medycznych i psychologicznych, ale i parapsychologicznych, religijnych, społecznych, filozoficznych, egzystencjalnych. Mimo wielu wysiłków nadal nie wiadomo, jak funkcjonuje w naszym mózgu struktura senna i co wspólnego ma z naszym realnym życiem, skoro nijak się z nim nie może łączyć.  


Sen regeneruje nasz organizm. Wiedzą to wszyscy, że bez niego nie możemy poprawnie funkcjonować. Człowiek statystycznie prawie połowę swojego życia przesypia, przenosi się w nieświadomy stan ciała i trwa w nim przez określony czas. Wyłączają się (lub spowalniają pracę) wówczas "zbędne" systemy organizmu, a energia kumuluje się w mózgu, który "produkuje" sen. W tej małej fabryce powstają obrazy oparte na doznaniach dnia. Odbija się w naszym umyśle praca, dom, rodzina, znajomi, lecz te obrazy pociągnięte są przeważnie woalem czegoś nierozpoznanego, jakąś tajemnicą i głębią. Pośród znanych nam osób nagle pojawia się ktoś obcy, ktoś, z kim nigdy nie mieliśmy styczności lub nagle przeniesieni zostajemy w nieznane miejsce.


Obecność w naszych snach osób nam znajomych da się łatwo wytłumaczyć – emocje pozytywne lub negatywne związane właśnie z tymi osobami długo pozostają w naszym umyśle, lecz skąd biorą się miejsca i osoby nam nieznane? Często się zdarza, iż we śnie znamy tę osobę znakomicie, lecz po przebudzeniu, jeśli pamiętamy szczegóły, nie wiemy, kto to był. Mamy przed oczyma zamazaną postać, twarzy nie możemy rozpoznać, do tego miejsce spotkania było dość dziwne. Jeśli ktoś jest dociekliwy, będzie starał się rozpracować znaczenie snu.


Prawdopodobnie kojarzenie tych nieznanych osób z osobami rzeczywistymi nic nie da. Są to najczęściej wytwory naszego mózgu, nigdy nie istniejące ani w przeszłości, ani w teraźniejszości. Więc skąd się biorą? Jakieś logiczne wytłumaczenie przecież musi istnieć. Nie może przecież powstać w naszym umyśle, nawet nieświadomym, coś, czego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, tym bardziej iż jesteśmy zaangażowani w sytuację. Chyba krokiem nieuzasadnionym w pełni byłoby powoływanie się na Freuda , gdyż on badał kliniczne przypadki zaburzeń emocjonalnych i niezrealizowane (stłumione) pragnienia erotyczne człowieka. Freuda interesowało to, co pacjent wyparł z pamięci z czasów dzieciństwa lub jego nieświadome nawyki, odruchy, które w pewien sposób przypominają o wypartym fakcie i prowadzą do jego ponownego uaktywnienia się.


Tak więc Freud nie poda nam pomocnej dłoni w rozwiązaniu tej sprawy. Trzeba sięgnąć do filozofii, cykliczności istnienia i teorii reinkarnacji. Osobiście uważam, iż właśnie na tym polu będzie można stworzyć teorię, oczywiście czysto hipotetyczną.

EDYCJA WPISU  g.23.04.
A co, jeśli poprzez nasze sny przebija się fragmentaryczność naszego poprzedniego życia? Przebłyski poprzedniego wcielenia? Nieznane nam obrazy z czegoś tak odległego, nieznanego i tajemniczego dają znać o swoim minionym istnieniu. Jakieś prawdopodobieństwo istnieje, pomimo tego iż rodzimy się "tabula rasa", bo jak wytłumaczyć te przebłyski nieznanego? Daleko mi oczywiście do mitu reinkarnacji ludów hinduskich i azjatyckich, gdzie można było być żabą, krową, słoniem czy sosną, mam raczej na myśli zmienność ludzkich jednostek w następujących po sobie pokoleniach i pewną powtarzalność faktów.


Problem ten pojawił się już w dialogach Platona. Otóż filozof ten badał przypadek rozwoju i nagłego upadku mitycznej Atlantydy. Według jego ustaleń była to wysoko rozwinięta cywilizacja, która nagle upadła i pogrzebana została w odmętach oceanu. Teoria ta przypomina nieco biblijny potop, który zniszczył potomków Adama i Ewy. I tak, według Platona, potop, który zniszczył Atlantydę nie jest tym potopem z Biblii. To odrębne zjawiska. Wynika z tego, iż potopy takie zdarzają się cyklicznie i niszczą ludzkie cywilizacje. Czasu ich następowania niepodobna jest ustalić, ale powracają w regularnych odstępach. I tak właśnie rodzi się pokolenie, rozwija i ginie, by powrócić ponownie w nieokreślonej przyszłości. W kontekście tej filozofii uzasadniona jest teoria powrotów pokoleń i może tych samych jednostek ludzkich w podobnych lub nawet takich samych kombinacjach i konfiguracjach życiowych.


Podobnie kwestię powtarzalności świata i ludzi przedstawiają inni filozofowie przyrody. Teoria Sfajrosu jest w tym aspekcie chyba dokładniejsza i bardziej przekonująca, gdyż pierwiastki łączą się ze sobą w wyniku działania siły Miłości i rozpadają z przyczyn sił Nienawiści. Ziemia łączy się z ziemią, woda z wodą, ogień z ogniem i tworzą wszystkie elementy świata, po czym te elementy się rozpadają i powracają do stanu pierwotnego, by w jakiś czas później znów ze sobą się połączyć. I właśnie tu szukałbym odpowiedzi na to, co dzieje się w naszych snach. Teoria Sfajrosu tłumaczyłaby pojawianie się w naszych snach miejsc i osób, których nie znamy w aktualnym życiu. Ale znaliśmy je w poprzednim wcieleniu, dlatego przenikają granice światów i dają o sobie znać w taki, a nie inny sposób. Może jest to jakiś znak dla nas, dla naszego postępowania, jakaś droga, którą powinniśmy zdążać.  


Ciekawe rozwiązanie zaproponował w swym dramacie belgijski twórca – Maeterlinck. W baśniowym i kolorowym świecie "Niebieskiego ptaka" dwoje dzieci udaje się w podróż w poszukiwaniu szcześcia. Ma być nim własnie tytułowy niebieski ptak. Nikt nie wie, gdzie go odnaleźć. Z czasem dzieci trafiają do królestwa Czasu. Starzec ten pilnuje równowagi życia na ziemi. Przyjmuje dusze, które opuściły swoje ciała i wypuszcza nowe do nowonarodzonych ciał. A co ciekawe, te stare dusze w królestwie Czasu znów stają się młode i czekają w kolejce na ponowne zejście na ziemię i wcielenie się w nowego człowieka, jednak przed tym poddane są "zastrzykowi" zapomnienia, tak aby nic nie pamiętać z tego, co było.   


Chciałbym, aby była to prawda, że za milion lat znów spotkamy osoby, która znamy aktualnie, szkoda jedynie, że nie będziemy w stanie naprawić błędów, z którymi się borykamy. 

wtorek, 7 września 2010

12. Walka żywiołów

Wsadziłem słuchawki w uszy i słucham już chyba 7 raz z rzędu "Through my eyes" Dennisa Christophera. Delektuję się rytmem, zamykam oczy i wyobrażam sobie muzykę. Ton progressivu szarpie moimi zmysłami, a uderzenia syntetyzatora usypiają. Nie ma nic lepszego dla relaksu i zapomnienia. 
Od rana chodzę jakiś skołowany, nie mogę się skoncentrować. Po powrocie z pracy ugotowałem zupę ogórkową - cały garnek, ciekawe, kto to teraz zje. Na poczcie zapłaciłem rachunek, który uregulować należało dopiero końcem października... Łaziłem bez celu po bibliotekach, odwiedziłem znajome w teatrze, szwędałem się po galerii, po sklepach z ciuchami, po stoiskach z zegarkami. Chcę kupić sobie taki duży z wielką tarczą (i bez freudowskich skojarzeń proszę), który z mety pociągnie mnie na dno, jak wypadnę za burtę. A teraz to zajadam się pączkami i czekoladą, mam gdzieś szczupłą sylwetkę. Od dziś będę objadał się słodyczami, ile wlezie. A niech mnie gęś kopnie, jeśli jeszcze dziś nie wtrynię dużego loda na patyku w czekoladzie, co mi tam, i zasnę w towarzystwie bohaterów Filadelfii...

poniedziałek, 6 września 2010

11. List bez adresata

  Mój Drogi!


Czy pamiętasz, mój Drogi, że jutro jest druga rocznica naszego poznania się? Minęły już całe dwa lata! Z jednej strony to nic w porównaniu z całym życiem, lecz z drugiej strony to szmat czasu przeznaczonego dla dwojga. Jak to pięknie brzmi – czasu przeznaczonego dla dwojga. Chciałbym z tej okazji przygotować coś wyjątkowego. Byłaby to niespodzianka! Choć mniemam, że także i Ty pamiętałbyś o tym dniu i przygotowałbyś coś zaskakującego.


Czy pamiętasz, mój Drogi, jak się zapoznaliśmy? Był to poniedziałkowy późny wieczór, już noc prawie. Siedziałem wówczas nad papierami i z nudów załączyłem czat. Napisałeś do mnie. Rozmowę zawiązaliśmy bez przeszkód, tematy sypały się nam jak asy z rękawów. Zamiast uzupełniać dokumenty, pisałem z Tobą o filozofii, życiu, języku, kulturze. Jak na takie miejsce była to rozmowa niesamowita. Zostawiając Ci numer GG, chciałem, abyś się znów odezwał, lecz w podświadomości żegnałem się na zawsze, wiadomo dlaczego. Ale odezwałeś się! Z każdą kolejną rozmową przekonywałem się o Twojej niepowtarzalności i jednostkowości. Doskonale się rozumieliśmy i chcieliśmy tego samego.


Czy pamiętasz, mój Drogi, naszą pierwszą rozmowę telefoniczną? Tak się wtedy bałeś! Zapewniłem Cię, iż jeśli poczujesz dyskomfort, po prostu się rozłączysz. Rozmawialiśmy prawie dzisięć minut. Ciągle w mojej głowie tkwi Twój głos – miękki, spokojny, aksamitny. Aż ciarki mi po plecach przechodzą na jego wspomnienie.


Czy pamiętasz, mój Drogi, nasze pierwsze spotkanie? Była to tak spontaniczna decyzja, że do tej pory nie wiem, jak się wtedy ogarnąłem i wyszedłem z domu. Pomimo tego, że poznałem Cię dość dobrze poprzez rozmowy internetowe i telefoniczne i miałem do Ciebie zaufanie, bałem się. Była prawie druga w nocy, jak wróciliśmy do domów, a i jeszcze potem rozmawialiśmy na GG. Wiesz, wtedy nawet nie spodziewałem się, że będziesz o tyle wyższy ode mnie! Przypominam sobie, iż aby w jakiś czas później pocałować Cię w policzek, musiałeś się pochylić.


Czy pamiętasz, mój Drogi, jak czekałem na Twój powrót z wyjazdu? Codziennie skreślałem dni w kalendarzu, każdego dnia myślałem o Tobie. W dzień przyjazdu co chwilę zerkałem na zegarek i odliczałem minuty do wieczora. Gdy wszedłeś do mieszkania, pocałowałeś mnie w policzek i mocno przytuliłeś. Chwila ta mogłaby trwać wiecznie.


Czy pamiętasz, mój Drogi, jak odchodziłeś? W mieście spowitym ciemnością trzymałem Twoją dłoń i bałem się ją puścić, gdyż wiedziałem, że nigdy już nie poczuję jej ciepła. Zabrałeś ją, schowałeś do kieszeni, odwróciłeś się i odszedłeś, a ja stałem nadal i spoglądałem na malejącą sylwetkę. Ze ściśniętym gardłem wróciłem do domu i po ciemku do samego rana siedziałem na podłodze i patrzyłem w okno.



Od tego czasu już nigdy nie napisałeś, nie zadzwoniłeś. Kazałeś mi się nienawidzieć! Pomimo tych dwóch lat nadal nie rozumiem tych słów. Skąd one u Ciebie się wzięły wtedy? Tak nagle się zmieniłeś. Ale uszanowałem Twój wybór, pozwoliłem Ci odejść, gdyż nie mogłem być Ci kulą u nogi. Niezmiernie szanuję Cię i nie będę kruszył Twego światopoglądu. Wiem, że nigdy nie przeczytasz tego listu, lecz poprzez niego chciałem okazać, iż jesteś dla mnie kimś ważnym, pomimo tego że złamałeś mi serce i umysł. Niech Ci się szczęści.  


                                                                                                                                                   P.T.  

sobota, 4 września 2010

10. Kawa dla Nemsta

Internetowa kawa dla Nemsta :)

9. Bubu, siku, kupa i miłość od pierwszego wejrzenia

Wróciłem z pracy tak wyczerpany, że zasnąłem w fotelu przy załączonym telewizorze. Miałem dziś swój pierwszy dyżur na świetlicy. To ciężki chleb! Szczerze? Wolę przeprowadzić ciurkiem 6 lekcji w starszych klasch niż codziennie mieć taki dyżur z maluchami. Nie wiem, jak się odnajdę w tej nowej funkcji, jakoś będę musiał przywyknąć, bo to moje być albo nie być. Niestety, postawiono mnie przed wyborem – albo świetlica, albo do widzenia. Wiadomo, co wybrałem, ale osobiście odbieram to jako zawodową degradację.


Podzieliliśmy grupę prawie 60 dzieciaków na 3 mniejsze oddziały, aby je ujarzmić. Rzucono mnie od razu na głęboką wodę i w prezencie dostałem pierwszaków. Te dzieci nie mają wpojonych żadnych zasad i zachowań. Muszę przywyknąć do 6. i 7. latków i muszę się przestawić na ich poziom. Kazałem poukładać klocki, kręgle, żołnierzyki i gry na półkach, sam zbierałem spod stołów porozrzucane pionki i karty. Nawet nie skończyłem, a już wszystko było pościągane i rozrzucone po podłodze. Przez pół dnia wyciągałem dzieciaki spod stołów i ze stołów, nic nie wskórałem, bo znów tam właziły. Syzyfowa praca!

Jeszcze rok temu nawet bym nie przypuścił, że będę wypuszczał dzieci na siku i kupę i pilnował, by trafiły do WC i wróciły z powrotem. Przybiegała co chwilę do mnie taka malutka dziewczynka i pokazywała paluszek, że ma "bubu", a potem prawie że władowała mi się na kolana i wyznała: "Kocham ciebie". Zdębiałem. 
No tak, zamiast zajmować się poważnymi sprawami, układam klocki, koloruję kolorowanki i wiążę dzieciom buty. Chcę wrócić do starszych klas i robić to, co powinienem, bo grozi mi całkowite uwstecznienie. Mam nadzieję, że to tylko ten rok tak będzie.
Powiem tylko tyle, że praca przy tablicy to już wyzwanie, ale świetlica wygrywa ten wyścig. Trzeba mieć głowę pięć na dziesięć i wszystko ogarnąć do milimetra.

PS. Jak klikniesz w obrazek, załączy się animacja. Szkoda, że nie działa na stronie... 

środa, 1 września 2010

8. Terapia

Załatwiłem sobie terapię. Wystarczyło wypełnienie odpowiedniego formularza i silna wola. Z tą wolą to w ostatnich czasach u mnie ciężko, dlatego też musiałem zapisać się na inną terapię, która tę wolę u mnie wzmocni i odbuduje. Tak więc z dniem 1 września br. zaczynam dwie terapie: pierwsza to odbudowanie postawy w celu zniwelowania słomianego zapału i wzmocnienie charakteru, druga to przestawienie się na heteroseksualność. Byłem już na wykładzie i dostałem specjalne pigułki. Ich zadaniem jest wymazanie z pamięci i świadomości gejowskiego jestestwa. Trzeba zapomnieć o niektórych zachowaniach (przynajmniej na początku terapii), by swobodnie przejść na kolejny etap. Wykład prowadziła pewna para - niesamowicie ponętna kobieta i przystojny mężczyzna. On jeszcze kilka lat temu był gejem i właśnie po tej terapii "nawrócił" się i ożenił właśnie z tą kobietą. Teraz razem prowadzą kursy nawracające i, jak to nazywają, czynią ogólne dobro dla zagubionych społecznie. Pan Mariusz, bo tak się nazywa ten człowiek, w treść wykładu wtrącał wiele ciekawych opowieści ze swojego dawnego życia. Był bywalcem klubów gejowskich prawie w całej Polsce, gdzie na imprezach często lądował z przypadkowymi chłopakami w darkrumach. Na jednej z imprez poznał Ewę (swoją żonę) i dzięki jej protekcji, zainteresowaniu, wszelkim działaniom, a i późniejszym wykładom właśnie na tym kursie stał się heteroseksualnym mężczyzną i mógł się z nią ożenić. Z tego, co zrozumiałem, mają dwoje małych dzieci i planują jeszcze jedno. 
Te pigułki to trochę wiagrę przypominają. Zażyłem jedną zaraz po powrocie do domu i taki podniecony chodziłem, że mało co dziury w ścianie nie wygryzłem. Mają one właśnie tak działać na widok kobiety, mają obudzić wszystkie utajone żądze i sprawić, iż ciało będzie gotowe do kontaktu nie tylko fizycznie, ale i umysłowo. Chciałem się przekonać, czy rzeczywiście działają owe pigułki. Działają! Do tej pory podniecenie nie może ze mnie zejść. Do miasta wyjść nie mogłem, bo wszystko odstawało i jednoznacznie wskazywało na przedawkowanie wiagry. Nie mogłem nawet zakamuflować tego stanu nałożeniem na siebie dwóch par obcisłych bokserek i slipek z lycry! Zastanawiałem się, czy aby sobie nawet nie ulżyć, ale zapomniałem, jak się to robi, gdyż ostatnio nagiego mężczyznę to z rok temu widziałem, ba! widzieć to co innego niż kochać się z nim do utraty sił i oddechu. O kobiecie nawet nie wspomnę... 
Na następne spotkanie mam mieć zrobione konto internetowe na portalu randkowym. Mam tam zamieścić najlepsze fotki, jakie posiadam i nawiązać kontakt z dziewczyną, która będzie mi odpowiadała. Chyba że to ona nawiąże kontakt ze mną, bo tak też może być. I najlepiej, aby była to nimfomanka. Na wszelki wypadek dostałem od pana Mariusza dwie paczki gumek "extra safe" z wibrującymi końcówkami, gdyż nie można przepuścić pierwszej nadarzającej się okazji i trzeba uczyć się pilnie. Ponoć na następnych zajęciach ma być jakaś modelka i pani Ewa będzie pokazywała nam wrażliwe punkty kobiecego ciała. Jakieś warsztaty praktyczne też mają być. Ale to dopiero w przyszłym tygodniu. Aaa, i jeszcze jedno - nigdy więcej nie chcę zasypiać tak mocno...