Swego czasu telewizja polsatowska zaczęła emisję nowego serialu "Szpilki na Giewoncie" z Magdą Schejbal w roli głównej. Jak do tej pory wyemitowano trzy odcinki. Serial jak serial, ale już po pierwszym odcinku dało się dostrzec podobieństwa do innego serialu, który raczył kiedyś polskich widzów. Mam na myśli amerykański sitcom "Uwaga, faceci" (Men in trees) z Anne Heche. Mogę wziąć do rąk megafon i zakrzyknąć: "Helooł! To już było!". Podobieństwa są uderzające – pomysł, fabuła, oprawa, wątki.
W obu serialach bohaterką jest młoda, atrakcyjna kobieta, zapewne bizneswomen, która z różnych przyczyn znajduje się w nieco urągających jej warunkach. Z wielkiego miasta trafia na wieś lub na tereny odludne i musi zmierzyć się nie tylko z niewygodą, ale przede wszystkim z tubylcami, którzy, jak to nierzadko się zdarza, prowadzą odmienny niż wielkomiejski tryb życia.
Amerykańska bohaterka, Marin Frist, po zdradzie narzeczonego wyjeżdża na Alaskę, jej polska odpowiedniczka – Ewa Drawska z Warszawy przeniosiona zostaje do Zakopanego. Ma tutaj poprowadzić upadającą agencję reklamową. W tym samym czasie jej chłopak zaczyna zdradzać ją z jej koleżanką z pracy. Marin i Ewa muszą poradzić sobie w nowych warunkach, każda z nich poznaje przystojnego tubylca, z którymi puszczają sobie oczka itp., itd. Czyli mówiąc krótko – romans kwitnie. Nieco śmiesznymi mogą wydawać się perypetie bohaterki na łonie natury i podczas spotkań z rdzennymi mieszkańcami niedostępnych terenów. Mogą się tylko wydawać śmiesznymi, bo tak na serio nie są (np. Ewa i "łowiecki na łącce"), czego nie można powiedzieć o przygodach Marin, które wywoływały we mnie salwy śmiechu.
Jeszcze jeden fakt, który nieco mnie zdziwił i śmieszył. Otóż w role zakopiańczyków wcielili się warszawianie. Jakby producenci nie mieli innych aktorów do obsadzenia ról. Wiem, że poetyka serialu jest autonomiczna wobec innych produkcji, ale to tak bardzo rzuca się w oczy – Ewa jako warszawianka trafia pośród Podhalan, którzy na serio są warszawianami. To taka mała dygresja.
Jedyną i widoczną zaletą serialu jest gwara góralska! Chyba tylko i wyłącznie dla niej można zaczekać do godz. 22.00 i obejrzeć serial.
Już nudne staje się plagiatowanie amerykańskich seriali. Przykłady można byłoby tu mnożyć, ale ograniczmy się do dwóch jeszcze przykładów. Nieudolne naśladowanie sławnego sitcomu "Przyjaciele" w polskiej wersji "Lokatorów" i jakże wszystkim znana "Niania". Powtórzę raz jeszcze: "Proszę państwa, to już było!". Chcemy czegoś polskiego, ale oryginalnego i niepowtarzalnego!
Tak na marginesie mówiąc – dobrze, że niektórych polskich seriali nie da się splagiatować w obcej telewizji, bo tamtejsi widzowie, na przykład w trakcie oglądania Kiepskich, mogliby sobie pomyśleć: "Ci Polacy to taki zacofany i prymitywny naród". I w jakiejś części swej myśli mieliby rację.
sobota, 18 września 2010
piątek, 17 września 2010
20. Za mało seksu...
Izolda dorwała mnie dziś na przerwie w pokoju nauczycielskim, jak kichałem i wycierałem nos. "O, ciebie też złapało?" - zaczęła. "Ledwie dycham, nie wiem, jak wydolę do popołudnia" - odparałem jej. "A mówiłam ci tyle razy - więcej seksu, więcej seksu, będziesz zdrów jak ryba!" - powiedziała z szerokim uśmiechem. "Taaa, chyba w przyszłym wcieleniu"- uśmiechnąłem się i mrugnąłem jej okiem.
W ostatnim roku mam do czynienia z pustynią szerszą i bardziej gorącą niż Gobi. Nie zapowiada się, aby dotarł tam jakikolwiek powiew orzeźwiającej bryzy. Przywykłem i pogodziłem się z tym faktem i nie robię sobie z tego powodu żadnych wyrzutów. Skoro tak ma być, to i niechaj tak będzie. A że nieraz tęsknię do czegoś nieokreślonego, to już całkowicie inna bajka. Mogę powiedzieć, że tęsknota buduje mnie od wewnątrz i determinuje moją silną wolę w trzymaniu się w ryzach. Dzięki niej wypracowałem silne granice, których już nie da się przekroczyć. Moja tęsknota to rodzaj imperatywu życia. I tak ma być!
W ostatnim roku mam do czynienia z pustynią szerszą i bardziej gorącą niż Gobi. Nie zapowiada się, aby dotarł tam jakikolwiek powiew orzeźwiającej bryzy. Przywykłem i pogodziłem się z tym faktem i nie robię sobie z tego powodu żadnych wyrzutów. Skoro tak ma być, to i niechaj tak będzie. A że nieraz tęsknię do czegoś nieokreślonego, to już całkowicie inna bajka. Mogę powiedzieć, że tęsknota buduje mnie od wewnątrz i determinuje moją silną wolę w trzymaniu się w ryzach. Dzięki niej wypracowałem silne granice, których już nie da się przekroczyć. Moja tęsknota to rodzaj imperatywu życia. I tak ma być!
czwartek, 16 września 2010
19. Pociągający Adalmerko
No tak, od dwóch dni jestem niesamowicie pociągający. Odrobinkę się zmieniłem dla siebie i dla innych. Ubieram bluzy z długimi rękawami, zapinam się wysoko pod szyją, zawijam dokładnie chustę, zakładam czapkę, brakuje mi tylko rękawiczek. Tak, tak i na mnie przyszedł czas - przeziębiłem się. Leje mi się z nosa, pulsuje w głowie, boli mnie gardło i chrypię. Rano nie mogłem wydobyć z siebie normalnego dźwięku! Spałem, jak zadzwonił telefon, sięgnąłem po niego, patrzę - mama- i odebrałem. "Halo" - wychrypiałem. Zapadła chwilowa cisza. "Halo! Kto tam jest?" - zapytała. "To przecież ja..."- kontynuowałem. Skoro nie poznała mnie własna matka, to jutro do firmy nie zostanę wpuszczony.
Ciekaw jestem, jak ja jutro będę funkcjonował, bo przecież jutro piątek. Tak, to piątek, ten piątek, gdzie cały dzień walczę z pierwszakami w świetlicy. Chyba oni teraz mi będą czytać, a i nie przekrzyczę tego rwetesu. Ale, ale! Zrewanżuję się pewnej młodej damie, która ostatnio mnie osmarkała. Zrobię jej to samo!
A tak na poważnie. Nafaszerowałem się lekami jak dobre gołąbki nadziewa się kaszą i spałem prawie całe popołudnie. Przynajmniej łeb mi nie pęka i nie słychać rzężenia w klacie. Muszę się wykurować, gdyż za kilka dni mam być w Krakowie na rozmowie. Miałem dziś przeczytać pewną książkę do tej rozmowy i napisać konspekt przemówienia - nic z tego nie wyszło. Jak się pokładłem, tak nie wstałem. Chyba że wezmę profesora na litość i będę przy nim kichał, smarkał, oblewał się potem, kaszlał. Może i jest to jakiś sposób...
Ciekaw jestem, jak ja jutro będę funkcjonował, bo przecież jutro piątek. Tak, to piątek, ten piątek, gdzie cały dzień walczę z pierwszakami w świetlicy. Chyba oni teraz mi będą czytać, a i nie przekrzyczę tego rwetesu. Ale, ale! Zrewanżuję się pewnej młodej damie, która ostatnio mnie osmarkała. Zrobię jej to samo!
A tak na poważnie. Nafaszerowałem się lekami jak dobre gołąbki nadziewa się kaszą i spałem prawie całe popołudnie. Przynajmniej łeb mi nie pęka i nie słychać rzężenia w klacie. Muszę się wykurować, gdyż za kilka dni mam być w Krakowie na rozmowie. Miałem dziś przeczytać pewną książkę do tej rozmowy i napisać konspekt przemówienia - nic z tego nie wyszło. Jak się pokładłem, tak nie wstałem. Chyba że wezmę profesora na litość i będę przy nim kichał, smarkał, oblewał się potem, kaszlał. Może i jest to jakiś sposób...
środa, 15 września 2010
18. I znów awantura...
Znów miałem dziś ogromne problemy z wstaniem do pracy, chyba trzeba zacząć kłaść się spać o przyzwoitej porze, bo to poranne bieganie już staje się nudne. Oczywiście budzik dostał po pysku i wylądował pod kołdrą, a mnie nie ruszyło to, że pora wstawać. Za dzisiejszy poranek powinienem trafić do jakiejś księgi rekordów, bo w ciągu 20 minut wyszykowałem się do pracy, wliczając w ten czas mycie głowy, prasowanie, ścielenie łóżka, śniadanie, szukanie ćwiczeń i ubieranie się.
Nadarzyła mi się dziś dłuższa przerwa w pracy i naszła mnie ochota na coś słodkiego (znów!) i wybrałem się do pobliskiego sklepu. I, oczywiście jak to ja, wplątałem się tam w zawziętą awanturę z ekspedientką, a potem z kierowniczką sklepu. Otóż kasjerka odmówiła mi przyjęcia zapłaty kartą płatniczą, a tak się złożyło, że nie miałem przy sobie nawet 10 zł. "A cóż to za historie mi tu pani wymyśla?" - zadziwiony spytałem, bo nigdy wcześniej nie miałem tam problemów z kartą. "Nie może pan płacić kartą". "A to dlaczego?" "Bo nie!". Szczególnie na to "bo nie" się okrutnie zeźliłem. Kolejka się zebrała za mną, a ja stoję i nie wiem, co mam zrobić, bo kasjerka odsunęła towar na bok i fuczała. Nie patrząc na klientów, puściłem jej taką petardę, że sam się sobie później dziwiłem, że tak potrafię. Kątem oka zerkam na ludzi i widzę dwóch moich uczniów, którzy stoją z rozdziawionymi gębami i patrzą, co to ich pan tak się rządzi w spożywczaku. Sprawa skończyła się na interwencji kierowniczki i wycofaniem towaru z kasy. Trochę dziwne to, bo jak nie było kierowniczki sklepu, to kasjerka darła się na mnie, że nie da się towaru wycofać, bo już nabity, a ja nie mam kasy, żeby zapłacić, a jak wparowała kierowniczka, to bez słowa wycofała towar.
Mam dość takich akcji, teraz jak pójdę do tego sklepu, to kamieniami za mną będę rzucać. Albo ten świat schodzi w niektórych dziedzinach na psy, albo ja się na serio już starzeję i robię stetryczały i zrzędliwy. A może jakaś wcześniejsza menopauza (a może andropauza?) <nawet nie wiem, który termin będzie odpowiedniejszy, bo wiadomo, że gej to ani kobieta, ani mężczyzna, obojnak też nie, więc z nazewnictwem to nieraz ciężko> już się u mnie zaczęła?
Nadarzyła mi się dziś dłuższa przerwa w pracy i naszła mnie ochota na coś słodkiego (znów!) i wybrałem się do pobliskiego sklepu. I, oczywiście jak to ja, wplątałem się tam w zawziętą awanturę z ekspedientką, a potem z kierowniczką sklepu. Otóż kasjerka odmówiła mi przyjęcia zapłaty kartą płatniczą, a tak się złożyło, że nie miałem przy sobie nawet 10 zł. "A cóż to za historie mi tu pani wymyśla?" - zadziwiony spytałem, bo nigdy wcześniej nie miałem tam problemów z kartą. "Nie może pan płacić kartą". "A to dlaczego?" "Bo nie!". Szczególnie na to "bo nie" się okrutnie zeźliłem. Kolejka się zebrała za mną, a ja stoję i nie wiem, co mam zrobić, bo kasjerka odsunęła towar na bok i fuczała. Nie patrząc na klientów, puściłem jej taką petardę, że sam się sobie później dziwiłem, że tak potrafię. Kątem oka zerkam na ludzi i widzę dwóch moich uczniów, którzy stoją z rozdziawionymi gębami i patrzą, co to ich pan tak się rządzi w spożywczaku. Sprawa skończyła się na interwencji kierowniczki i wycofaniem towaru z kasy. Trochę dziwne to, bo jak nie było kierowniczki sklepu, to kasjerka darła się na mnie, że nie da się towaru wycofać, bo już nabity, a ja nie mam kasy, żeby zapłacić, a jak wparowała kierowniczka, to bez słowa wycofała towar.
Mam dość takich akcji, teraz jak pójdę do tego sklepu, to kamieniami za mną będę rzucać. Albo ten świat schodzi w niektórych dziedzinach na psy, albo ja się na serio już starzeję i robię stetryczały i zrzędliwy. A może jakaś wcześniejsza menopauza (a może andropauza?) <nawet nie wiem, który termin będzie odpowiedniejszy, bo wiadomo, że gej to ani kobieta, ani mężczyzna, obojnak też nie, więc z nazewnictwem to nieraz ciężko> już się u mnie zaczęła?
17. Pasjonująca rozmowa, która wywarła na mnie ogromne wrażenie
ON: Cze
JA: Cześć
ON: no to siemka
JA: to siemka...
JA: Cześć
ON: no to siemka
JA: to siemka...
wtorek, 14 września 2010
16. Co to w ogóle ma być?
Minęło dopiero pół dnia, a już groził mi zawał, spadłbym ze schodów, zbluzgałem chama na przystanku i dwa razy bym się zhaftował... Nie chcę wiedzieć, co mnie czeka do wieczora, może wskoczę pod pościel i tak przeczekam do jutra.
Dziś rano nie mogłem zwlec się z łóżka. Dwa razy dzwoniła komórka, przyszedł sms, a ja nic! Kamień. Wstałem kilka minut po 6.30 i miałem poranek w biegu.
W świetlicy dzieci pracowały nad rysunkami. Malowaliśmy liście jesienne – pasjonujące... Obok mnie siedziała przeziębiona dziewczynka, gdy nagle rozległo się głośne "aapcichhh", a potem głośny płacz. Otóż wszystko, co miała w nosie, rozprysło się na ławce, na niej i na mnie... Moja poranna kawa podniosła się do gardła... Inne dzieci odskoczyły od ławki, krzycząc: "A fuj! Opluła mnie! Proszę pana, mam to na rękach!". I drą się, krzyczą, machają rękoma, niektórzy wycierają się w innych, ci znów krzyczą na tych pierwszych i mnie wołają: "Bo proszę pana to...", a ja próbuję opanować sytuację i siebie samego, by na nich się nie zhaftować. Mam jakąś odporność, bo w końcu już rzygano na mnie w autobusie na zielonej szkole i mnie to nie ruszyło, a dziś poległem na polu bitwy...
Później zamyśliłem się w trakcie drogi do domu. Idę sobie rozmarzony uliczką, aż tu nagle ogromna bestia tuż obok mnie! Wbiła kły w siatkę, śliną chlapie i bulgocze jej w pysku. Przechodziłem koło posesji i ogromny bernardyn skoczył do siatki zupełnie znikąd i to wrost na mnie. Odskoczyłem, orła mało co nie wywinąłem, książki rozsypały mi się dokoła. Zawał murowany! Pozbierałem kości i po chwili słyszę z balkonu domu cienki głosik: "Pikuś, chodź pieseczku". Taaak, ładny mi Pikuś, który gdyby mógł, to by mi głowę odgryzł i przełknął jak słodką pastylkę...
I tak w drodze do domu zdarzyło mi się czekać na zielone światło na pasach. Stał naprzeciwko chłopak, który oficjalnie i beż żenady dłubał w nosie... Najpierw wytarł palucha w koszulkę, a po kolejnym świdrowaniu – wsadził palucha do buzi... i znów bym się zhaftował...
Po załatwieniu kilku spraw w mieście wdałem się w niepotrzebną pyskówkę z takim dziadem na przystanku. Stał, charczał i pluł! Świntuch! Powiedziałem raz, zero reakcji, drugi raz – nic, za trzecim razem ulżyłem sobie i nawtykałem mu inwektyw jak głupi, a ten stał i tylko na mnie patrzył. Ludzie uciekli i zaglądali tylko, czy czasem się za łby nie chwycą i nie będą się okładać. Normalny cyrk!
Nieraz mam wrażenie, że to jakieś głębokie współczesne średniowiecze! Nie dość, że ludziska się nie myją i śmierdzi od nich na kilometr, to jeszcze w centrum miasta menele dyktują "normalnym" mieszczuchom swoje warunki obrzydliwych zachowań. Ja nie mogę! Gdzie ja żyję?!
A mogłem rano nie wstawać...
Dziś rano nie mogłem zwlec się z łóżka. Dwa razy dzwoniła komórka, przyszedł sms, a ja nic! Kamień. Wstałem kilka minut po 6.30 i miałem poranek w biegu.
W świetlicy dzieci pracowały nad rysunkami. Malowaliśmy liście jesienne – pasjonujące... Obok mnie siedziała przeziębiona dziewczynka, gdy nagle rozległo się głośne "aapcichhh", a potem głośny płacz. Otóż wszystko, co miała w nosie, rozprysło się na ławce, na niej i na mnie... Moja poranna kawa podniosła się do gardła... Inne dzieci odskoczyły od ławki, krzycząc: "A fuj! Opluła mnie! Proszę pana, mam to na rękach!". I drą się, krzyczą, machają rękoma, niektórzy wycierają się w innych, ci znów krzyczą na tych pierwszych i mnie wołają: "Bo proszę pana to...", a ja próbuję opanować sytuację i siebie samego, by na nich się nie zhaftować. Mam jakąś odporność, bo w końcu już rzygano na mnie w autobusie na zielonej szkole i mnie to nie ruszyło, a dziś poległem na polu bitwy...
Później zamyśliłem się w trakcie drogi do domu. Idę sobie rozmarzony uliczką, aż tu nagle ogromna bestia tuż obok mnie! Wbiła kły w siatkę, śliną chlapie i bulgocze jej w pysku. Przechodziłem koło posesji i ogromny bernardyn skoczył do siatki zupełnie znikąd i to wrost na mnie. Odskoczyłem, orła mało co nie wywinąłem, książki rozsypały mi się dokoła. Zawał murowany! Pozbierałem kości i po chwili słyszę z balkonu domu cienki głosik: "Pikuś, chodź pieseczku". Taaak, ładny mi Pikuś, który gdyby mógł, to by mi głowę odgryzł i przełknął jak słodką pastylkę...
I tak w drodze do domu zdarzyło mi się czekać na zielone światło na pasach. Stał naprzeciwko chłopak, który oficjalnie i beż żenady dłubał w nosie... Najpierw wytarł palucha w koszulkę, a po kolejnym świdrowaniu – wsadził palucha do buzi... i znów bym się zhaftował...
Po załatwieniu kilku spraw w mieście wdałem się w niepotrzebną pyskówkę z takim dziadem na przystanku. Stał, charczał i pluł! Świntuch! Powiedziałem raz, zero reakcji, drugi raz – nic, za trzecim razem ulżyłem sobie i nawtykałem mu inwektyw jak głupi, a ten stał i tylko na mnie patrzył. Ludzie uciekli i zaglądali tylko, czy czasem się za łby nie chwycą i nie będą się okładać. Normalny cyrk!
Nieraz mam wrażenie, że to jakieś głębokie współczesne średniowiecze! Nie dość, że ludziska się nie myją i śmierdzi od nich na kilometr, to jeszcze w centrum miasta menele dyktują "normalnym" mieszczuchom swoje warunki obrzydliwych zachowań. Ja nie mogę! Gdzie ja żyję?!
A mogłem rano nie wstawać...
sobota, 11 września 2010
15. ***
Subskrybuj:
Posty (Atom)






